środa, grudnia 27, 2006
Ciekawe ilu ludzi teraz chodzi po lesie. Ciekawe ilu ludzi jest teraz szczęśliwych. Ciekawe ile ludzi jest teraz na imprezach, ile wymiotuje, ile leży i śpi. Ciekawe ile ludzi teraz czyta. Ciekawe ile ludzi teraz płacze, a ile krzyczy i przeklina. Ciekawe ile ludzi gra teraz na jakimś instrumencie, a ile śpiewa. Ciekawe ile ludzi wspomina teraz kogoś, sobie bliskiego. Ciekawe ile ludzi się teraz kocha, a ile onanizuje. Ciekawe ile ludzi spotyka się teraz ze swoimi znajomymi, a ile siedzi samemu. Ciekawe ile ludzi teraz śpiewa. Ciekawe ilu ludziom spełniły się najskrytsze marzenia, a ile ma na to nadzieję, chociaż nigdy to nie nastąpi. Dlaczego? Nadzieja matką głupich.
sobota, grudnia 23, 2006
Nie rozpoznaje siebie, dzwieki rozchodza sie po miesniach. Jesli klopoty nas szukaja, mozesz je powochac. Zostawiles mnie, teraz rzucam to wszystko. Wpatruje sie w niebo, ktore poluje na upatrzone biale owce, zjada je. Niebo idzie polowac, jest mysliwym. Mowiesz, ze to smieszne, nie dla mnie. Bardzo za toba tesknie, ale jeszcze cie nie poznalem, jestes taka piekna, ale jeszcze cie nie widzialem. Moje sluchawki nie raz uratowaly mi zycie, ciagnac mnie do gory z bagna trujacych dzwiekow. Purpurowa mgla szczescia otaczaja moja wyspe. Wszystkie te wydarzenia maja sens, ale tylko z toba. Mieszkamy na wzgorzy, blisko szczytu, czasami kiedy jeszcze spisz, spaceruje, czuje sie wtedy doceniony. Dzisiaj spraww, zebym byl nie do zatrzymania. W pamieci tanczymy i rozmawiamy.
poniedziałek, grudnia 04, 2006
Jak to oddać? Musisz sobie wyobrazić miejsce, w którym było by ci naprawdę dobrze. Ja chciałbym zebrać wszystkich ludzi, których znam, z którymi czuje się szczęśliwy i przenieść ich do małej drewnianej chaty w górach. Jedynym problemem byłoby jak spędzić wieczór, pić, tańczyć, czy iść spać o 18. Rozmowy do późna, przy rozpalonym kominku. Do tego miejsca chciałbym dojechać sam, chciałbym mieć dzień, tylko dla siebie. Mógłbym przemyśleć wszystko, cieszyć się albo smucić. Potem przejść kawałek asfaltową bieszczadzką drogą i wejść do świata, który pomógłby mi o wszystkim zapomnieć, zatracić się w szczęściu. I okno, za którym wielkimi płatkami niebo ukrywałoby, przed naszymi oczami, ziemię. Ale to się nie zdarzy, jeszcze nie. Póki co, niepewność i marzenia. Przydałaby się jeszcze możliwość, decydowania o swoim życiu. Własna strefa intymności, której nikt nie może przekroczyć, ani naruszyć.
sobota, grudnia 02, 2006
Pierwszy raz od naprawdę długiego czasu, po wstaniu rano stwierdzam, że cały dzień będzie zasnuty mgłą. Mgłą będzie zasnuta cała moja głowa, i serce chyba też. Śnieżno-biała mgła, mgła melancholii sprzyjająca. Coś o zmienianiu siebie, swojego życia, bo ostatnimi czasy coraz większej ochoty nabieram do zmian, chciałbym stąd uciec, chciałbym zmienić świat, a przede wszystkim chcę zmienić siebie:
Komputera szmer i ekranu blask
Tu realny świat nie ma żadnych szans
Czy to dziki sex czy to w piłkę gra
Tutaj przecież ma dużo lepszy smak niż tam
W internecie flirt hasło Biały miś
Bez wysiłku tak możesz być kim chcesz
Biały proszek znów dziś pomoże żyć
Nie ma jutra i nie będzie jutro też
Lecz czasem dziwny głos przed siebie każe biec
I na powietrze wyjść gdy pada deszcz
Przed siebie ciągle biec
Do ostatniego tchu
Nie wracaj nigdy tu
Wciąż gadżetów stos zmienia życie swe
Powiedz teraz co chciałbyś zrobić z nim
Gdy zamienisz już rzeczywistość w sen
Nie odnajdziesz się
Nie odnajdzie ciebie nikt
Lecz czasem jakiś głos przed siebie każe biec
I na powietrze wyjść gdy pada deszcz
Przed siebie ciągle biec
Aż do utraty tchu
Nie wracaj nigdy tu
___________________________________________________________________
Wake.. from your sleep
The drying of your tears
Today we escape, we escape
Pack.. and get dressed
Before your father hears us
Before all hell breaks loose
Breathe, keep breathing
Don't lose your nerve
Breathe, keep breathing
I can't do this alone
Sing.. us a song
A song to keep us warm
There's such a chill, such a chill
You can laugh
A spineless laugh
We hope your rules and wisdom choke you
Now we are one in everlasting peace
We hope that you choke, that you choke
We hope that you choke, that you choke
We hope that you choke, that you choke
Mam nadzieję, że kiedyś ktoś po mnie przyjdzie. Obudzi mnie i zabierze. Żeby wszytko nabrało kolorów.
Komputera szmer i ekranu blask
Tu realny świat nie ma żadnych szans
Czy to dziki sex czy to w piłkę gra
Tutaj przecież ma dużo lepszy smak niż tam
W internecie flirt hasło Biały miś
Bez wysiłku tak możesz być kim chcesz
Biały proszek znów dziś pomoże żyć
Nie ma jutra i nie będzie jutro też
Lecz czasem dziwny głos przed siebie każe biec
I na powietrze wyjść gdy pada deszcz
Przed siebie ciągle biec
Do ostatniego tchu
Nie wracaj nigdy tu
Wciąż gadżetów stos zmienia życie swe
Powiedz teraz co chciałbyś zrobić z nim
Gdy zamienisz już rzeczywistość w sen
Nie odnajdziesz się
Nie odnajdzie ciebie nikt
Lecz czasem jakiś głos przed siebie każe biec
I na powietrze wyjść gdy pada deszcz
Przed siebie ciągle biec
Aż do utraty tchu
Nie wracaj nigdy tu
___________________________________________________________________
Wake.. from your sleep
The drying of your tears
Today we escape, we escape
Pack.. and get dressed
Before your father hears us
Before all hell breaks loose
Breathe, keep breathing
Don't lose your nerve
Breathe, keep breathing
I can't do this alone
Sing.. us a song
A song to keep us warm
There's such a chill, such a chill
You can laugh
A spineless laugh
We hope your rules and wisdom choke you
Now we are one in everlasting peace
We hope that you choke, that you choke
We hope that you choke, that you choke
We hope that you choke, that you choke
Mam nadzieję, że kiedyś ktoś po mnie przyjdzie. Obudzi mnie i zabierze. Żeby wszytko nabrało kolorów.
poniedziałek, listopada 27, 2006
niedziela, listopada 26, 2006
Hey, what you're waiting for
You know I'll give you so much more
And don't you cheat yourself
It wasn't all that sweet and great
He didn't figure out
What pleasing you was all about
So hey, let me just recall
It's here you're gonna find it all
Ever since I'd felt the spell in these dreams
I used to yell
(You were right)
All the things you make me do
(The way you looked has made me smile)
At the age of twenty-two
Oh girl
And I'm gonna treat you right
I promise ever to be kind
Hey, don't you hesitate
Decide while it's not too late
He never realized
He didn't feed your appetite
So hey, how it's gonna be?
Well, is it him, or is it me?
Ever since I'd felt the spell in these dreams
I used to yell
(You were right)
All the things you make me do
(The way you looked has made me try)
At the age of twenty-two
Oh girl
~The car is on fire
You know I'll give you so much more
And don't you cheat yourself
It wasn't all that sweet and great
He didn't figure out
What pleasing you was all about
So hey, let me just recall
It's here you're gonna find it all
Ever since I'd felt the spell in these dreams
I used to yell
(You were right)
All the things you make me do
(The way you looked has made me smile)
At the age of twenty-two
Oh girl
And I'm gonna treat you right
I promise ever to be kind
Hey, don't you hesitate
Decide while it's not too late
He never realized
He didn't feed your appetite
So hey, how it's gonna be?
Well, is it him, or is it me?
Ever since I'd felt the spell in these dreams
I used to yell
(You were right)
All the things you make me do
(The way you looked has made me try)
At the age of twenty-two
Oh girl
~The car is on fire
piątek, listopada 24, 2006
środa, listopada 22, 2006
Zaprzeczył...! No tak, co miał zrobić innego? W małym korytarzu ponad dwadzieścia osób patrzyło mu się w oczy, w tym ja, z prośbą, a zarazem groźbą w oczach. To prawda? Czy tak było? Odpowiedz!? Pytania padały, z każdym moim oddechem i mrugnięciem powiek. Zaprzeczył! A tak byłem pewien innej odpowiedzi. Powoli zaczęli wytykać mnie palcami, śmiali się, ale nie to mnie martwiło. Początek zawsze jest ten sam. Tak delikatny, że często go nie zauważałem. Poprawa nastroju, wyostrzenie widzenia. Dopiero potem zdarza się to, co na początku było dla mnie oznaką obłędu. Na miejscu ich głów, pojawiają się małe orbity, zazębiające się nawzajem. Krążą po nich planetki, wszystko dzieje się w rosnącej ciszy. Zaprzeczył! Zaprzeczył , że widzi to samo. Kim teraz jestem? Pośmiewiskiem, pośmiewiskiem- czy ten chichot, to ja? Czy ten dzień to ty? Zaprzeczył ,że tak jak mi, brakuje mu podstawowej rzeczy. Brakuje mu akceptacji takim jaki jest, miłości. Tak jak mi, brakuje ciebie...
sobota, listopada 18, 2006
czwartek, listopada 09, 2006
"Dzisiaj dostałem pismo od Państwa, Państwo nie prosi, państwo żąda, abym się stawił, w stosownym urzędzie, w stosownym terminie, a ja nie muszę, gdyż umarłem, umarłem, umarłem. Czasami jeszcze się golę, ale zarost rośnie również umarłym, czasami jestem w kobiecie, ale to z przyzwyczajenia, ale ona rodzi, wyłącznie widmowych pogrobowców. Jestem szczęśliwy, nic już nie muszę, umarłem, umarłem, ja proszę Państwa umarłem, tak, umarłem. Jestem szczęśliwy, nie muszę razem z wami iść, razem z waszym prezydentem i waszą prezydentową i waszym premierem na cudzą wojnę, po jakąś cudzą ropę, jestem szczęśliwy nie muszę wstępować razem z wami do jakieś Unii Europejskiej, udało się, umarłem, umarłem, ja umarłem. Normalnie umarłem, tak. Czasami piszę wiersze i jeżeli pismo Państwa dotyczy właśnie tego faktu to ja informuję uprzejmie, że ja nie przestanę, spróbujcie mnie dogonić, spróbujcie mnie złapać, spróbujcie mnie uwięzić, spróbujcie mnie zabić. Umarłem, umarłem, umarłem, ja umarłem, normalnie proszę Państwa umarłem, tak, umarłem."
"K"- Świetliki i Linda
"K"- Świetliki i Linda
sobota, listopada 04, 2006
Zapukaj cicho do drzwi. Wyrywając mnie z małego kosmosu, wróć.
W rytmie rodzących się myśli, wyciągnij mnie spod stołu, wróć, chce uwierzyć jeszcze raz.
Halo? Przyjedź, pójdziemy do parku, na huśtawki, zjeżdżalnie, gdzie małe dzieci.
Halo? Przyjedź, chce uwierzyć.
Przywieź mi swoją obecność, z ubraniami swój zapach.
Przyjedź, przywieź mi powietrza czysty sen.
Halo? Dziwny serca sen. Dziwna myśli palpitacja.
Gdzieś tam w przestrzeniach zapomnianych, tracę sens.
Przyjedź.
Przywieź mi swoją obecność, z ubraniami swój zapach.
W rytmie rodzących się myśli, wyciągnij mnie spod stołu, wróć, chce uwierzyć jeszcze raz.
Halo? Przyjedź, pójdziemy do parku, na huśtawki, zjeżdżalnie, gdzie małe dzieci.
Halo? Przyjedź, chce uwierzyć.
Przywieź mi swoją obecność, z ubraniami swój zapach.
Przyjedź, przywieź mi powietrza czysty sen.
Halo? Dziwny serca sen. Dziwna myśli palpitacja.
Gdzieś tam w przestrzeniach zapomnianych, tracę sens.
Przyjedź.
Przywieź mi swoją obecność, z ubraniami swój zapach.
środa, października 25, 2006
Czy możesz mi wytłumaczyć, jak to jest, że tak pięknie wyglądasz latając. Tam jest dziura w ziemi, śmieje się z nas, bo martwimy się tylko rzeczami nieważnymi, lekkimi. Największe zmartwienia nas nie obchodzą. Czy możesz mi wytłumaczyć, jak to jest, że chciałbym abyś była taka piękna? Za oknem deszcz, mgła, chmury, wiatr, jesień, ale nie jest ciężko. Czy możesz mi wytłumaczyć, jak to jest, że tak często cię widzę? Czy potrafisz, zatrzymać się w miejscu podnieść głowę i uśmiechnąć się do nieznajomego? Czy potrafisz idąc zatłoczoną ulicą śpiewać do siebie? Czy potrafisz zignorować ich podniesione ręce, ich krzyki? Powinnaś znać to uczucie, powraca czasami do nas, jesteśmy jednością z otoczeniem. Czy lubisz dźwięk jaki wydaje woda? Już nie chce sam. Ale boje się z kimś. Bądź ostrożna. Sami zgotowaliśmy sobie taki los, można przyjmować to co daje los, nie wysilać się po więcej, nie walczyć. Po co mieć swoje myśli, uczucia, po co iść swoją droga, jak wszystko jest podane. Mogliśmy już dawno trzymać się z ręce, stać przy sobie. Czy ktoś w tym tłumie dojrzy ciebie? Jedną, jedyną osobę walczącą o coś więcej? A, D, B, C, F, S podejmij decyzję i zacznij. Bądź sobą, żyj według własnych zasad, bądź sobą, rób to co kochasz, bądź sobą możesz stąd zniknąć. Bądź sobą, w ciasnej gwieździe, liżąc wiśniowe kulki, patrząc na szczęście innych nie swoje.
czwartek, października 05, 2006
Odwróć się. Spójrz. Nie powinnaś wtedy do niego podchodzić, ja nie powinienem tego widzieć. Dlaczego znowu ja mam siedzieć i o tym myśleć, przejmować się, później podejmować decyzję, którą i tak odrzucisz. Denerwować. To jest swego rodzaju fetyszyzm, wiesz? Za każdym razem kiedy cierpię, uważam się za kogoś wyjątkowego, jestem ponad innymi i wtedy zaczynam jeszcze wytrwalej i mocniej myśleć o tobie i cię podziwiać, to przecież dzięki tobie jestem w tym stanie. Zamknięte koło chorej głowy. 72 godziny, tyle nas dzieli. A za ten czas będzie nas dzieliło jedno piętro, moje spojrzenia. Chciałbym dostrzegać, coś poza tym, głębszy sens. Nie ma go, tak jak nie ma ciebie. Odzywa się inna strona, porośnięta lekkim nabłonkiem, dopiero co się zagoiła. Ale po co wysyłać jedną wiadomość, impuls bólu? Impuls niezrozumiały. Odpowiedzi nie ma. Nie ma sensu zadawać pytań, nie ma sensu odczuwanie, przewidywanie, planowanie, a teraz staranie się. Człowiek nie uczy się na błędach. Czasami czegoś bardzo mu brakuje, stara się to wszelkimi środkami osiągnąć, nie ważne czy pierwszy, czy drugi, czy setny raz popełnia ten sam błąd. Liczy się tylko osiągnięcie celu. Nie jest ci przykro, smutno, nie myślałaś o tym nawet? Nic nie szkodzi. Zajmuj się nim. Kiedyś to złamię. Żadna myśl, nie była w to włożona.
środa, września 27, 2006
Ubrudziłem się, niebieskim światłem z wyświetlacza CD
Gdy chciałem włączyć stop, nagle dostało się do mojej krwi
Zaczęło krążyć i do wszystkich tkanek kolportować chłód
Dostało się do krwi i pulsowało w okolicach, ust!
Chciałem to zetrzeć lecz, ciągle go było więcej
Mnóstwem błekitnych plam, świeciły moje ręce
Bo nowy wypełniał mnie, niewidzieć jak i skąd
Zimny, niebieski blask, w ustach pulsował, prąd!
CKOD- Niebieskie światło
Gdy chciałem włączyć stop, nagle dostało się do mojej krwi
Zaczęło krążyć i do wszystkich tkanek kolportować chłód
Dostało się do krwi i pulsowało w okolicach, ust!
Chciałem to zetrzeć lecz, ciągle go było więcej
Mnóstwem błekitnych plam, świeciły moje ręce
Bo nowy wypełniał mnie, niewidzieć jak i skąd
Zimny, niebieski blask, w ustach pulsował, prąd!
CKOD- Niebieskie światło
poniedziałek, września 18, 2006
Po głowie skacze " już nigdy nie będzie takiego lata, nigdy papieros nie będzie tak smaczny, a wódka taka zimna i pożywna, nigdy, nie będzie tak pysznych ciastek". I to jest magia. I coś w tym jest. Od rana moja percepcja płata mi figle, w głowie wszystko się przemieszcza. " Już nigdy Bóg nie będzie tak blisko". Żołądek idzie za głową, za rękami i nogami. Duch już od jakiegoś czasu, mieszka gdzie indziej, gdzieś, gdzie jest ciszej, cieplej i milej. Chmury nie chcą się poruszać, coś je trzyma, to chyba moje spojrzenie. " Niech nam nie przeszkadza, groźny pomruk świata". Zaczął mi pomagać spacerowy krok, spacerowy krok po mieście. Mieście sennym, śpiącym już, albo dopiero budzącym do życia. Od świata oddziela mnie zielona kotara, miarowo poruszająca się popychana wiatrem, dzięki niej w moim świecie jest gorąco i duszno. "Wyszedłem z domu, nie było nikogo, zgubiłem sens, upadłem na twarz". Ratują mnie drzewa, ogólnie zieleń, przytulanie się do kory. Czasami, nie chce mi się brać oddechu, mówić, siedzieć, stać, biegać, jeść, pić, wydalać, kupować, interesować, czytać, myśleć, tańczyć, biegać. Chce patrzeć na Nią, ale jeszcze jej nie ma. Czasami, wieczorem wyobrażam ją sobie włosy, bluzkę, sukienkę albo spodnie, ale nie mogę zobaczyć twarzy. Ona nie istnieje, nie istniała i nie będzie istnieć.
środa, września 13, 2006
Wyobrażasz sobie, że to film
I, że w nim grasz
Wiesz kogo trzeba znać
Kogo unikać
Jak się ustawić
Żeby przed kamerą dobrze wypaść
Tacy jak ja nie mają u ciebie żadnych szans
Twoje ubrania z drogich sklepów to klęska
Chłopaki ze szkoły filmowej
Projektanci mody
Kluby dla pedałów
Tylko tam się dobrze bawisz
Wmawiam sobie, że jesteś chujowa
I, że mi nie zależy
Ale sam w to nie wierzę
Uważaj bo jak Cię spotkam to zabiję
Wyobraź sobie, że to film i ,że w nim gramy
Znasz scenariusz wiesz ,że wkrótce się spotkamy
I, że nie będzie happy endu
Padają strzały- publiczność jest zdziwiona
Ale bije brawo i wszyscy są po mojej stronie
Wiedzą, że ci się należało.
Nie moimi słowami, ale adekwatnie. Tekst: Cool kids of death "Uważaj".
I, że w nim grasz
Wiesz kogo trzeba znać
Kogo unikać
Jak się ustawić
Żeby przed kamerą dobrze wypaść
Tacy jak ja nie mają u ciebie żadnych szans
Twoje ubrania z drogich sklepów to klęska
Chłopaki ze szkoły filmowej
Projektanci mody
Kluby dla pedałów
Tylko tam się dobrze bawisz
Wmawiam sobie, że jesteś chujowa
I, że mi nie zależy
Ale sam w to nie wierzę
Uważaj bo jak Cię spotkam to zabiję
Wyobraź sobie, że to film i ,że w nim gramy
Znasz scenariusz wiesz ,że wkrótce się spotkamy
I, że nie będzie happy endu
Padają strzały- publiczność jest zdziwiona
Ale bije brawo i wszyscy są po mojej stronie
Wiedzą, że ci się należało.
Nie moimi słowami, ale adekwatnie. Tekst: Cool kids of death "Uważaj".
niedziela, września 03, 2006

Potrzebujemy wzmacniaczy naszych snów, aby były głośniejsze. Narazie widzimy je przez mgłę. Najpiękniejsze jest to, że gdy policzymy do 10, wszystkie nasze marzenia się spełniają. Przyszłość wszystkich zaskoczyła, nie było wojen, kataklizmów, terrorystów-samobójców, nie. Było stopniowe i nieodwracalne zanikanie snów. Dla grupy ludzi, było to gorsze od śmierci. Policz do 10, wszystkie twoje marenia się spełnią. Ta grupa właśnie, robi i skupuje wzmacniacze snów, żeby stały się mocniejsze. Ich siedzibą jest specjalna wieża. Niewiadomo dlaczego od pewnego czasu, wszyscy chodzą zdenerwowani, rozkojarzeni, wszystkie archetypy, dzięki którym pracują wzmacniacze świecą dziwną łuną. Siedzimy na wzgórzu i dostrzegamy kolory, te za fioletem, wychodzimy ponad ramę, już więcej nie umrzemy. Przekroczyliśmy pewną linię, ale nie możemy poprowadzić wszystkich ludzi, nie wszyscy nam wierzą. Chociaż od kiedy Ona jest wśród nas, ludzi inaczej patrzą w naszym kierunku. Ona jest myśliwym, poluje na sny, mówi, że sny są jej rzeczywistością, potrafi zanurkować w każdym z nas. Mówi, że im więcej śnisz, tym mniej umierasz. Najczęściej sama kąpie się w swoich snach. Ja sam, zaczynam ich dostrzegać, na początku miałem złe sny, koszmary, ale z czasem stawały się długimi niekończącymi się opowieściami. Nie mogłem się przyzwyczaić, sny wcale nie kończyły się po moim przebudzeniu, nabierały tylko innych kolorów, pojawiały się nowe wątki. Teraz nie wiem, czy śnie, czy nie. Potrzebują, potrzebujemy wzmacniacze snów, aby stały się one mocniejsze, wyraźniejsze. Widzimy je jak przez mgłę. Nie wiem czy to jest jawa, policzę do 10 i sprawdzę.
Dzięki Analena: ~Dream Aplifiers!~Work in progress~Ways of seeing~Microdreams. Opowiadanie z przetłumaczonymi przeze mnie, kawałkami tekstów Analeny.
czwartek, sierpnia 31, 2006
Wszyscy na tym świecie szukają szczęścia na zewnątrz, a nikt nie rozumie swojego własnego wnętrza. Każdy mówi "ja", "ja chcę tego", "ja jestem jak tamto". Ale nikt nie rozumie tego "ja". Gdy się urodziłeś, to skąd przyszedłeś? Gdy umrzesz, dokąd pójdziesz? Jeżeli będziesz uczciwie pytał, "Kim jestem" wtedy wcześniej czy później trafisz na ścianę, gdzie całe myślenie jest odcięte. Nazywamy to "umysłem nie-wiem".
wtorek, sierpnia 29, 2006
Depresyjna pogoda, niestety, nastaje szybko koniec sierpnia i początek września, czyli niedługo jesień, a potem zima, brak słońca. Patrzać dzisiaj przez okno doszedłem(doszłem) do wniosku, że okolice mojego domu są wymarłe, sąsiedzi poumierali w niewyjaśnionych okolicznościach i niedługo zacznie śmierdzieć trupem, ale nie zobaczyłem sąsiada, który spokojnie przycinał drzewka....uffff. Jednak żyją, a może to tylko kukiełka? Zaczęły się zapalać światła, w oknach pobliskich bloków, czyli może jednak, ktoś tam żyje. Tak, nadchodzi jesień, nikomu nie chce się wychodzić z domu, Na wspólnej, M jak miłość, czy Taniec z gwiazdami pobija rekordy oglądalności, a na moim tyłku rosną odparzenia, wraz z hemoroidami. Może najwyższa pora zejść do ogrodu i zakopać się w stercie liści? Obudzę się za parę miesięcy, może na wiosnę. Emo......bzzzzz.......let the boy decide..............bzz..hariasen.........nitro mega prayer......bzzzzzzzzzz......kurwa. Ale jak długo to będzie trwało? Zauważyliście, że czasami jak się ma rozwolnienie, podczas puszczania gazów, z tyłka wylatują bańki żrącego gazu? Telefon leży koło prawej ręki zarośnięty pajęczyną, jeżeli juz się nawet ktoś odezwie, prowadzone są rozmowy o dupie Maryny. Łódź daje mieszkańcom to co najlepsze.
Może ktoś skomentuje?
Może ktoś skomentuje?
czwartek, sierpnia 10, 2006
Takiej pustki w głowie osoba ma, nie miała od bardzo dawna. Siedzę 20 minutę i staram sie napisać dwa sensowne zdania, ale jedyne co mi wychodzi, to tekst o niedoskonałości świata i ludzkim zacofaniu. Ale to już było, nudy i beznadzieja! Więc z innej beczki, niech ktoś będzie tak miły i pomoże mi odpowiedzieć, na strasznie nurtujące mnie pytanie. Gdzie od samego rana jadą starsi ludzie?? Z całym szacunkiem, ale tramwaje i autobusy to jeżdżące domy starców. Na rynek?? Ale przecież nie codziennie jest dzień targowy. Na cmentarz? Do lekarza? O 8 rano? Oczywiście jeżeli tylko mają ochotę, niech sobie podróżują, ale niech przestrzegają pewnych zasad. Starsi ludzie gorzej walczą o wolne miejsca, niż młodzi. Czasami, gdy trzeba dobiec do wolnego siedzenia, schorowana 90-latka leci w podskokach od samego przystanku. Myjcie głowy!! To nie boli i nie kosztuje. Starość w Polsce jest straszna, pozbawiona godności, starość w Polsce jest pokazana z najgorszej strony. Ludzie są schorowani, zaniedbani, biedni. Czy w innym kraju jest możliwe, żeby 80-latek szukał jedzenia po koszach na śmieci? Dwa wyjścia: wyjechać stąd na początku emerytury albo wyjechać stąd już teraz.
środa, sierpnia 02, 2006
Chciałbym usiąść na ziemii, ale na niezwykłej, najlepiej na pagórku, albo nie, na wzniesieniu, bliżej nieba, Boga. Usiadłbym pod rozgwieżdżonym niebem, ja, ja sam i zaczałbym Ci Boże szeptać na ucho, że już praktycznie nie mam pleców, a tam gdzie jeszcze niedawno były, roi się od noży, oszczepów, tasaków i nawet jednej siekiery. Szepnę Ci jeszcze Boże, to iż wiem, że raz na jakiś czas rodzi się ofiara losu, istota nieprzystosowana do świata, wiem, wiem, to ja i Boże, jak Boga kocham dobrze mi z tym. Dobrze mi z tym, bo znalazłem odpowiedni krzak, tak jak kazałeś, jego gałęzie tworzą małą jaskinię, tam będę spędzał noce. Każdego ranka będę wychodzi ze swojej zielonej jaskini i będę biegał, dlatego nie szukaj mnie. Trochę krwi leci mi z nosa, ale przynajmniej mogę patrzeć wszystkim w oczy. Wiesz Boże wydaje mi się, że najgorsze będzie takie rozliczenie się z przeszłością, przemyślenie tego wszystkiego co było i postanowienie, co dalej. Dzięki Boże za pagórek, a nie, przepraszam wzniesienie, i za wysłuchanie.
poniedziałek, lipca 31, 2006
Przy okazji odwożenia brata mego rodzonego na lotnisko im. Władysława Stanisława i odwożenia przyjaciół, którzy dopiero co ze stolicy Zjednoczonego Królestwa powrócili, poczułem niechęć do mego miasta, ale i państwa, w którym urodzić się, żyć i nie dostać na studia mi przyszło. Po usłyszeniu 999 ton opowieści jak to w Londynie, czy całej Anglii jest ładnie, drogi nie mają uszczerbków, budynki zadbane, ale też i trawniki i ogrody , spojrzałem na ulice, bliskie nam, al. włókniarzy, zachodnią, iksińską, brzydzińską. Niechęć ma to nic innego jak nienawiść, dzika i nieposkromiona, nienawiść do ludzi z tatuażami i bez przednich zębów, którzy chodzą po łódzkim lotnisku otwarcie szukając zaczepki, kupują tylko najtańsze papierosy i dumnie wychodzą przklinając "pieprzonych angoli". Jezu, ludzie!! Po co to!! Nienawiść do budynków szarych, odprapanych, w których okno styka się prawie z oknem następnym. Nienawiść do jakiegoś Leszka, czy też Staśka, który stał na stacji benzynowej, śmierdząc tanią gorzałą i jeszcze tańszymi papierosami kupowanymi na sztuki, chociaż ten człowiek w niczym mi nie zawadził. Nienawiść do psa bezczelnie srającego na mój trawnik i jego pana, który, równie bezczelnie patrzy prosto w okno mojego domu. Nienawiść do kleru nie płącącego podatki, żyjącego, a razej pasożytującego na nas, pożądnych obywatelach, kleru dupczącego młode nastolatki lub modych nasstolatków, zależy kto co lubi. Nie chce wspominać o politykach, bo to bagno i sześć metrów mułu. Tak rozmyślając, przypominając sobie widok płaczącego miasta, spalonego tropikalnym słońcem postanowiłem, że z państwa tego wyjadę, udam się na zachód z głową i sercem pełnym nadzieji na lepsze życie i umrę jako szczęśliwy kloszard na czystym zachodnim dworcu. Wiem, że nieprzepełnione morze pretensji będą mieli do mnie patrioci fanatycy i starcy walczący za nasz kraj, wkońcu zbliża się rocznica Powstania, przelania krwi za nasz kraj, który odwdzięczajac się za to, kopie nas wszystkich z kajora w dupę, ale wracając do głównej myśli uj im w odbytnicę, pieprzonym fanatykom<> , nie biednym walczącym za nas starcom, którzy najczęściej nie mają za co żyć. Ja tu już dłużej psze Państwa nie wytrzymam, skończy się to wszystko tak, że jako desperat z pomieszanymi klepkami, zajebe kogoś na ulicy, starając się ugodzić, jakiegoś ważnego członka otaczającego nas systemu, ale zabije ducha winnego Tomka, Tadzia lub niepełnoletnią Jadzię. Ma cierpliwość do tego miejsca, kończy się wprost proporcjonalnie do gówna wychodzącego z zadka psa numer dwa, który usilnie stara się osrać moją bramę, dzwigając swą psią dupę nad swój psi łeb. Pies mu mordę lizał.
wtorek, lipca 25, 2006
Dziennik z podróży, stworzony dzięki panu P. mam nadzieję, że nie będzie miał nic przeciwko temu, że wykorzystam do stworzenia owego dziennika, jego wiadomości, nie wiem czy to panująca aura melancholijno-tęskna, czy inne warunki atmosferyczno-duchowe sprawiła, że sms-y te wydały mi się naprawdę urzekające, czekające na coś, na jakieś dopełnienie, kilka dobrych słów, na uścisk ręki, dym papierosowy i gwar rozmów, a może, tylko mi się wydaje.... Oto on Dziennik z Podróży:
Właśnie ruszył pociąg. Siedzę sam w pustym przedziale,
palę papierosa o smaku
mango i spoglądam na ciemne kontury tatr.
Za 7 godzin będę w Łodzi. Podróż robi się nawet fajna, cały czas towarzyszy mi Armia: " jak pusty pociąg w lecie, mija dzień za dniem".
Jeszcze może coś się pojawi, bo wiadomości było wiele, wiele, wiele, ale raczej dopowiedz sobie resztę, przecież tak lubisz żyć cudzym życiem, możesz wymyśleć co pan P. robił, dla ułatwienia jedno słowo, Tatry, a więc może wycieczki? Tajemnicze rozmowy z jeszcze bardziej tajemniczą postacią, nie wiem dlaczego to powstaje w ogóle. Przepraszam P.
Właśnie ruszył pociąg. Siedzę sam w pustym przedziale,
palę papierosa o smaku
mango i spoglądam na ciemne kontury tatr.
Za 7 godzin będę w Łodzi. Podróż robi się nawet fajna, cały czas towarzyszy mi Armia: " jak pusty pociąg w lecie, mija dzień za dniem".
Jeszcze może coś się pojawi, bo wiadomości było wiele, wiele, wiele, ale raczej dopowiedz sobie resztę, przecież tak lubisz żyć cudzym życiem, możesz wymyśleć co pan P. robił, dla ułatwienia jedno słowo, Tatry, a więc może wycieczki? Tajemnicze rozmowy z jeszcze bardziej tajemniczą postacią, nie wiem dlaczego to powstaje w ogóle. Przepraszam P.
środa, lipca 19, 2006
To jest to. W dzisiejszych czasach, człowiek ma wiele wyjść, możliwości. Możliwości oddalenia się od świata realnego i zagłębienia się w rzeczywistości nierealnej, wymyślonej, stworzenej przez nas lub kogoś innego. Mamy zły humor bierzemy książkę i zaczynamy żyć czyimś innym życiem, tak samo jest gdy jesteśmy po prostu nieszczęśliwi, są jeszcze filmy, sztuki teatralne i oczywiście muzka. Są też, różnego rodzaju wspomagacze. Szczęśliwi ci, którzy od urodzenia są tak popieprzeni, że żyją w innym świecie.
poniedziałek, lipca 17, 2006
Wzniósł się do góry, otoczony przez wiele jasno świcących kropek, plam, baniek. Większość z nich wznosiłą się na pewną wysokość i eksplodowała, rodząc tym samym kolejne niezliczone ilości kropek, plam, baniek. Nad głową miał niebieskie niebo, na którym przemieszczały się białe chmury długie i delikatne, wyglądały jakby były utkane z jedwabiu, płynnego, rozprowadzonego przez wielki pędzel. Widział duże szare ulice i te małe zielone, niektóre zapomniane, a niektóre pulsujące życiem. Słońce obracało się wokół jego głowy, było jasno pomarańczowe, ciepłe, kuszące. Widział ją i jego siedzących na polanie, byli jak nici rozwiewane przez wiatr. Kropki, plamy i bańki zmieniły swój biego, latały teraz niespokojnie, szybko, ganiały się i szybko wybuchały. Zamknął oczy i stał się jedną z nich. Usłyszał ciche nawoływanie, miły dziecięcy szept, śmiech, ale i ponaglanie, przywoływanie. Każda z baniek, była inna, mieniła się różnymi kolorami, miała w sobie, inną myśl, zapisaną pod postacią strzępka puchu. Każda z baniek była marzeniem jednego człowieka. Marzenie, rodzi marzenie. On też był marzeniem, chociaż zaczął tracić swoje "ja" w momencie wzlatywania w górę. Pod powiekami projekcia, wiele różnokolorowych obrazów, nawet nie zauważył, że nie może oddychać, powietrz robiło się coraz bardziej rzadkie, udusił się mając pod powiekami wizje świata, przeszłego, teraźniejszego i przyszłego. Jego ciało zatrzymało się, pomiędzy dwoma wymiarami nieba. A bańki lecą cały czas do góry, z marzeniem na spełnienie.
niedziela, lipca 16, 2006
Kochany Tatusiu, wie Tatuś, jak się czuje człowiek nie kochany? Czuje, że wszystko, co zrobi, jest złe i nawet, gdy przestaje to robić, to też jest złe. Wszystko w nim jest do niczego. Jest szmatką, papierkiem rzuconym na ziemię. Taki człowiek nigdy nie zazna spokoju. Będzie robił wszystko, żeby stać się godnym miłości , ale nigdy mu się to nie uda. Może z takich niekochanych ludzi biorą się wszyscy perfekcjoniści, ponieważ nigdy żaden rezultat ich nie zadowoli; będą pracować jak woły bez możliwości spełnienia, bez nagrody. Kraina Syzyfów i tych, którzy nabierają wodę sitami. Olga Tokarczuk
Każde wyjście równa się z utratą części siebie. Jak najwięcej czasu staram się siedzieć w domu, bo tu czuje się bezpiecznie. Tak powinno być nasz dom, nasza ostoja, tutaj każdy powinien czuć się dobrze. Zamykanie się, izolacja nie jest rozwiązaniem, ale co zrobić, kiedy miasto straszy swoją brzydotą, a ludzie brakiem wychowania, uczući choćby dobrego smaku. Naładowaniem baterii i odzyskaniem poczucia tego, że naprawdę żyje, był wyjazd do niemałej, niedużej miejscowości pod Poznaniem, z której wywodzi się rodzina od strony ojca. Już nawet nie chcę pisać ile radości, nawet małego mistycyzmu, sprawia człowiekowi poznanie miejsc, w których wszystko się zaczęło, chodzenie po grobach ludzi, dzięki którym mogę pisać ten tekst, mogę chodzić po ziemii. Chodzenie po korytarzach klasztoru w Lądzie, po których snuł się stryj, pracujący nad jakimiś manuskryptami. Dworek stryjka F. dzięki któremy powstało muzeum, tyle miejsc i tyle rzeczy do zobaczenia. Czasami widzimy coś, co utrwala się w naszej głowie na długi czas. Ja widzę teraz całą rodzinę siedzącą przy jednym stole, ludzi, w których płynie jedna krew i czuje się tym widokiem podbudowany. Ludzi, którzy nie traktują cię jak przyjezdnego, ale jak "swojego", czułem się tak, jakbym wszystkie ciocie, wujków, kuzynów, widział wczoraj i przedwczoraj i w zeszłym tygodniu, jakby mieszkali ze mną. Pola mieniące się różnymi kolorami, odcieniami żółci i zieleni, wierzby. Górki, na których stoją małe kościółki, nad tym niebieskie niebo z delikatnymi chmurami. Coś co cieszy, nęci, kusi i zostaje na długo w pamięci.
piątek, lipca 14, 2006
Szukając najjaśniejszej z gwiazd, wpadłem w jej oczy duże i głębokie, widziałem w nich tylko siebie, żadnych uczuć, nic. Nie wiedziałem co myśli, czego oczekuje, o czym marzy. Uparłem się na księżyc, codziennie wieczorem siadałem na dachu i wpatrywałem się w niego, czekałem, aż da mi nasz umówiony znak, ale on nie odzywał się do mnie przez parę dni, dopiero wczoraj zaczął mrugać i wykrzywiać się. Nareszcie zrozumiałem, księżyc nie jest kawałkiem skały zawieszonej w kosmosie, odbijającej światło słoneczne, on jest okiem, patrzącym na nas każdej nocy. Jeżeli akurat dzisiaj chmury nie pozwalają oglądać mu Twoich zachowań, patrzy na kogoś innego, może w Szwecji, Norwegii, Niemczech, kto wie. Szukając najjaśniejszej z gwiazd, znalazłem księżyc, nie zwróciłbym na niego uwagi, ale właśnie przypatrywał się Tobie, widziałem to w jego źrenicy. Najpierw zamyślona chodziłaś po mieszkaniu, usiadłaś na chwilę z jakąś książką, zrobiłaś sobie herbatę, a później usiadłaś w oknie, patrząc na niego, czyli na mnie. Dlatego ciągle czuje Twoją obecność, dlatego właśnie wpadłem w Twoje oczy duże i głębokie, teraz pełne ciepła? Może litości. Nie czuje żalu, że za niczym nie nadążam, wszystko przelewa się powoli. Próbowałem cię przesadzić, przenieść, wynieść, wyciąć, ale zawsze w ostatniej chwili rozmyślałem się. Patrzę w niebo, ale księżyc zakryty jest chmurami.
wtorek, lipca 11, 2006
Stan A.D 12.07.2006:
Chciałem coś stworzyć ponadczasowo-wielkiego, ale używająć prostych słów ( kupa, dupa,gówno, siki, pacha, smród) nie mogłem zrobić niczego konstruktywnego, tematów było wiele, ale każda budowla od razu upadała. W głowie stary obrazek, ręka bezwiednie zgina się i prostuje, pląsa lewa brew, prawa gniewnie się marszczy. Nos jak nos, orlo-krzywo-brzydki, jak klamka od zakrystii. W głowie stary obrazek, nogi podskakują, sutki zwijają się jak w ukropie, w głowie cały świat i połówka księżyca. Koło uszu przelatują czasami usta otwierające się spazmatycznie, wykrzykujące jakiś mądre słowa, ale ja ich nie rozumiem, nie wiem jak bardzo się staram, słyszę bełkot. W głowie stary obrazek, z otwartego okna ciepłe podmuchy świeżo pachnącego wiatru, nie, raczej zefiru. Sentymentalne piosenki, słowa żalu, ale nigdzie prostego " nie martw się, będzie dobrze, nie, nawet już jest". W głowie stary obrazek zwiewny, bardzo ładny, tak, przedstawia człowieka, zgrabnego, wyjątkowego, kogoś dla jednych anioła stróż, dla innych przyjaciela. Za plecami miarowe chrapanie, pod nogami, ale bardziej na prawo miarowe chrapanie razy dwa, po lewo, mniej miarowe chrapanie, bardziej urywane, niespokojne. Nad głową przelatują różne iskry i świetliki, przyjaźnie się uśmiechają, wstaję i lecę za nimi, niech tak zostanie.
Chciałem coś stworzyć ponadczasowo-wielkiego, ale używająć prostych słów ( kupa, dupa,gówno, siki, pacha, smród) nie mogłem zrobić niczego konstruktywnego, tematów było wiele, ale każda budowla od razu upadała. W głowie stary obrazek, ręka bezwiednie zgina się i prostuje, pląsa lewa brew, prawa gniewnie się marszczy. Nos jak nos, orlo-krzywo-brzydki, jak klamka od zakrystii. W głowie stary obrazek, nogi podskakują, sutki zwijają się jak w ukropie, w głowie cały świat i połówka księżyca. Koło uszu przelatują czasami usta otwierające się spazmatycznie, wykrzykujące jakiś mądre słowa, ale ja ich nie rozumiem, nie wiem jak bardzo się staram, słyszę bełkot. W głowie stary obrazek, z otwartego okna ciepłe podmuchy świeżo pachnącego wiatru, nie, raczej zefiru. Sentymentalne piosenki, słowa żalu, ale nigdzie prostego " nie martw się, będzie dobrze, nie, nawet już jest". W głowie stary obrazek zwiewny, bardzo ładny, tak, przedstawia człowieka, zgrabnego, wyjątkowego, kogoś dla jednych anioła stróż, dla innych przyjaciela. Za plecami miarowe chrapanie, pod nogami, ale bardziej na prawo miarowe chrapanie razy dwa, po lewo, mniej miarowe chrapanie, bardziej urywane, niespokojne. Nad głową przelatują różne iskry i świetliki, przyjaźnie się uśmiechają, wstaję i lecę za nimi, niech tak zostanie.
poniedziałek, lipca 10, 2006
gwiazdy by ciemniej było
smutek by stale dreptać
oczy po prostu by kochać
A co ,jeżeli gwiazd nie widać, zakrył je chmury, albo jesteśmy na nie ślepi? Co do smutku, nie ma wątpliwości, stary kompan, przyjaciel. Oczy mogą zajść jaskrą, być skierowane w niebo, bądź w ziemię, jednym słowem nie widzieć tego co ważne, możemy być po prostu ślepi, każdemu się zdarza.
wiara by czasem nie wierzyć
rozpacz by więcej wiedzieć
jeszcze ból by nie myśleć
ale z innymi przetrwać
Ale, w co wierzyć? Czy jest ktoś na ziemii, może w niebie, kto może w tej chwili powiedzieć w co wierzyć albo w co nie? Czy tylko rozpacz, ból i smutek, może nas rozwijać, a szczęście? Czy ono sprawia, że cofamy się? I ból, ból, ból.
koniec by nigdy nie kończyć
czas by bliskich utracić
łzy by chodziły parami
śmierć aby wszystko się stało
pomiędzy światem a nami
Kusząca wizja, skończyć wszystko "tutaj" i rozpocząć wszystko od nowa, już "tam" w całkiem nowym miejscu. Tak, czas mija, nie możesz ty, ani nikt go zatrzymać, ale czy upływa on tylko po to żeby zabrać nam najbliższych, czy jego celem jest skrzywdzenie nas? Śmierć jest podsumowaniem, dla jednych szczęliwym końcem, a dla innych przekleńśtwem. Chyba nikt nie jest gotowy na jej przyjście.
Fragmenty x. Jan Twardowski "Gwiazdy"
To był inny dzień, nie kończę go, tak jak poprzednie, z głową kołyszącą się niebezpiecznie na boki, obijającą się o ścianę, sufit, podłogę. Zazwyczaj późno w nocy czuje się jak w jakimś narkotycznym śnie, nie wszystko dzieje się naprawdę, w wielu zdarzeniach nie biorę udziału, chociaż jestem uch najbliższym świadkiem. Wstaję rano i już wszystko jest normalnie, lubię wieczory, nie mogę się ich doczekać. To był inny dzień, jak narazie, inne w nim były tylko ruchy głowy i tego czegoś w jej środku. Jak narazie.
smutek by stale dreptać
oczy po prostu by kochać
A co ,jeżeli gwiazd nie widać, zakrył je chmury, albo jesteśmy na nie ślepi? Co do smutku, nie ma wątpliwości, stary kompan, przyjaciel. Oczy mogą zajść jaskrą, być skierowane w niebo, bądź w ziemię, jednym słowem nie widzieć tego co ważne, możemy być po prostu ślepi, każdemu się zdarza.
wiara by czasem nie wierzyć
rozpacz by więcej wiedzieć
jeszcze ból by nie myśleć
ale z innymi przetrwać
Ale, w co wierzyć? Czy jest ktoś na ziemii, może w niebie, kto może w tej chwili powiedzieć w co wierzyć albo w co nie? Czy tylko rozpacz, ból i smutek, może nas rozwijać, a szczęście? Czy ono sprawia, że cofamy się? I ból, ból, ból.
koniec by nigdy nie kończyć
czas by bliskich utracić
łzy by chodziły parami
śmierć aby wszystko się stało
pomiędzy światem a nami
Kusząca wizja, skończyć wszystko "tutaj" i rozpocząć wszystko od nowa, już "tam" w całkiem nowym miejscu. Tak, czas mija, nie możesz ty, ani nikt go zatrzymać, ale czy upływa on tylko po to żeby zabrać nam najbliższych, czy jego celem jest skrzywdzenie nas? Śmierć jest podsumowaniem, dla jednych szczęliwym końcem, a dla innych przekleńśtwem. Chyba nikt nie jest gotowy na jej przyjście.
Fragmenty x. Jan Twardowski "Gwiazdy"
To był inny dzień, nie kończę go, tak jak poprzednie, z głową kołyszącą się niebezpiecznie na boki, obijającą się o ścianę, sufit, podłogę. Zazwyczaj późno w nocy czuje się jak w jakimś narkotycznym śnie, nie wszystko dzieje się naprawdę, w wielu zdarzeniach nie biorę udziału, chociaż jestem uch najbliższym świadkiem. Wstaję rano i już wszystko jest normalnie, lubię wieczory, nie mogę się ich doczekać. To był inny dzień, jak narazie, inne w nim były tylko ruchy głowy i tego czegoś w jej środku. Jak narazie.
sobota, lipca 01, 2006
Z głowy wychodzą czułki dwa i może jeden czułek z pępka, jak to Castaneda wymyślił. Moje (samolubne :mi, mojemu, mojego, mnie, prrrr) , a więc me czółki są w cieple, hmmm, lato - rzekłem do niewidocznego przyjaciela- poruszają się w letnim wietrze, wyłapują zapach trawy, zbóż, lasu i stawu za domem i mleczy i zwierzątek, tych dużych i małych i słońca, pięknie, przyjacielu. Ale jeszcze piękniej gdy w nocy na polanie zapłonie ogień, zaskakuje cię on zazwyczaj, gdy już udasz się na spoczynek, najpierw sądzisz, że to sen, ale po uszczypnięciu się i przemyciu twarzy zimną wodą z cebrzyka wiesz, że nie śnisz. Wychodzisz z domu, na gołych stopach odkładają się krople rosy, figlarnie łaczą się w pary i w duże grupy, tak jakby twoje stopy były placem do najbardziej wymyślnych zabaw, na twarzy lekki wiatr, nad głową morze gwiazd, jedne do Ciebie mrugają, inne starają się nie zauważyć Twego pojawienia się, jeszcze inne chowają się przestraszone. Dochodzisz do dziko rosnącej róży, chowasz sie za nią i po cichu obserwujesz ognisko i polanę. Postaci tańczące przy nim są zamazane, ale dochodzi do Twoich uszu muzyka fletni i różnych piszczałek, już wiesz Noc Świętojańska, Twoje oczy, nie wiesz czy to prawda, czy wyobraźnia, ale dostrzegają małych chłopców z kopytami i koźlęcymi ogonami, maja nawet rogi, to oni tańczą, dalej stoi kobieta, tak piękna, że aż nierealna, nagle znika. Chłopcy, a może kozły odwracają się w Twoją stronę, widzisz ich rozbawione oczy i uciekają. Gałąź uderzyłą o szybę, budzisz się, zadowolony z pięknego i trochę niesamowitego snu, ale nogi masz oblebione płatkami róży i źdzbłami trawy, na polanie dymi jeszcze mały stosik. Dobranoc.
środa, czerwca 28, 2006
Głowa wzleciała dosyć wysoko w powietrze, może dlatego trochę mniej boli, co widzi? W sumie ciagle to samo, dużo zielono-brązowych pasów, takich jak przy rozprowadzaniu farby pędzlem. Czy to coś znaczy? Chyba nie, tylko tyle, że ciagle jest we wszystkim i ponad wszystkim. Analizuje, rozmyśla, przemyśla, z jednej strony uspokaja to ją, ale z drugiej powiększa niektóre rzeczy, takie, które dla jej własnego bezpieczeństwa powinny zostać małe, malutkie. Co jest w głowie? Hmm, serce, ale nie takie ociekające krwią i wiecznie pompujące różne płyny, tylko czujące, bijące słowami. Co się z nim teraz dzieje? Serce dorosło, serce już wszystko wie, serce niedługo coś powie. Jak narazie zielono-brązowe paski układają się w las, głowa dryfuje przed nim, nad drogą, polną, zwykłą, szarą, zachód słońca, zapach roślin. Serce już wszystko wie, serce już niedługo coś powie.
"Powiedz mi, o co ci w ogóle chodzi, powiedz mi, po co ci te kombinacje, nie musimy sie katować nienormalną sytuacją, nauczymy sie kochać, przestaniemy sia bać, życie stanie się muzyką, stanie się to co ma się stać."
"Powiedz mi, o co ci w ogóle chodzi, powiedz mi, po co ci te kombinacje, nie musimy sie katować nienormalną sytuacją, nauczymy sie kochać, przestaniemy sia bać, życie stanie się muzyką, stanie się to co ma się stać."
piątek, czerwca 23, 2006
Siedzę sobie i myślę, a muzom, nie jest źle, ale sądzą, że to melancholia. Nie prawda, jestem gdzieś ponad tym wszystkim. Czekam na osobę, która podejdzie i usiądzie koło mnie, powie kilka ciepłych słów, tylko na tym mi teraz zależy. Głowa trochę lekka, słyszy ziemie i niebo, ręce gibkie czekają, tak jak ja cały, nie wiem na co. Mógłbym napisać jak lubię ten stan, ale nic go nie odda. Słyszę jak szczeka jaki pies, lubię was wszystkich. Ponad niebem, ponad wodą i falami, jestem, siedzę i czekam.
środa, czerwca 21, 2006
Nie wiem co mogę napisać, powiedzieć, pomyśleć , zrobić, wydedukować ble, ble, ble. Wszystko wydaje mi się być jednym wielkim bełkotem, może to jest jakiś kompleks(budynków najpewniej), ale sądzę, że każdy dres-śmieć, metal-brudas, zwykły człowiek- szarak, punk, skin, rastaman, czy inny dziwoląg robi rzeczy o wiele wartościowsze, pożyteczniejsze ode mnie. Budze się i kombinuje w jaki sposób przebimbać kolejny dzień, pada-narzekam, jest ciepło-narzekam, ktoś jest w domu- narzekam, jestem sam- narzekam. Jestem upierdliwy, a najgorsze jest to, że jak sam widzę lubie się nad sobą użalać i to bez ograniczeń, zamiast coś zrobić. Było dobrze, jest średnio-źle. Chciałbym porozmawiać, ale w tym celu musiałbym udać się w Bieszczady, albo jeden Bóg wie gdzie teraz. Ble ble blu blu bli bli bla bla.
sobota, czerwca 17, 2006
Duszno i gorąco. Liście cicho szepczą, o niepokojach na wschodzie. Nie wiem czy się pakować, czy nie. Grozi nam coś? Jak narazie większość nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa, bawią się, pracują, cieszą i smucą, tak jak zawsze. Ale ja nie mogę. Zdaje sobie sprawę z ulotności tego spokoju, już jutro mieszkańcy mogą stanąć oko w oko, ze złem, bólem, cierpieniem. Czy mam się Go poradzić? Podobno dużo wie, przebywa tam gdzie wiele spraw się rozwiazuje albo komplikuje. A może to on jest powodem wszystkiego? Zostawić wszystko i ruszyć w długą podróż, tak, o tym przecież od zawsze marzyłem, ale nie jestem chyba gotowy na realizację tego marzenia. Nie wierze, że nikt inny nie czuje tego niespokojnego wiatru. Lasy, pola, góry, łaki i doliny, tak trudno uzmysłowić sobie, że nasz świat nie ogranicza się, tylko do znanych terenów. Wyruszę, ale tylko dla siebie, może nie mam racji i nic nikomu nie grozi. Wędrówka, wędrówka, wędrówka, śpisz, wstajesz, idziesz, jesz, pijesz, śpisz, znowu idziesz. Mała esencja naszego życia, robimy określone rzeczy, o określonych porach, nic nowego, a jeżeli mamy zrobić coś nie przewidzianego, co wymagałoby od nas inwencji, czy odrobiny odwagi, porzucamy to, boimy się. Boimy się zmian choć czasami, mogą to być zmiany na lepsze. Miałem rację, na wschodzie niepokojące zmiany, zachód jeszcze się opiera, ale nie wytrzyma długo, zostało nas niewielui w tym wszystkim ja, słabszy od innych, potrzebujący pomocy. A gdzie jest Ona, moja nadzieja? Czy to ważne, że się dla niej spalam, oddaje to co najlepsze, ale ciągle oddycham. Od zawsze światło świeciło mi w oczy, czuje się trochę sparaliżowany, nic niegdy nie pójdzie po mojemu. W chłodnym świetle poranka będę czekał, na nią i na samego siebie, wiem i nie chcę wiedzieć jak to się skończy. Chociaż nie, nie wiem. Daj szansę mi i Jej na zrozumienie.
Taka mała imprezowa refleksja pod tytułem: agresja, agresja, agresja. Jak miło iść do kogoś na tak zwane przytupy i siedząc sobie spokojnie w jakimś pomieszczeniu, stać się obiektem ataków przerośniętych schabów, a bo to masz dziwne włosy, coś w uchu, czy po prostu siedzisz w miejscu bytowania wyżej wymienionego schaba. Jedyna pozytywna rzecz łącząca się z takimi atakami to radość jaką przynosi nam wysłuchiwanie idioty, który wchodzi do pokoju i pyta się czy są "dymy". Tak dalej chłopaki.
poniedziałek, czerwca 12, 2006
Opowieść bez specjalnej myśli. Trochę o mnie i o tobie:
Stoi on, nie za bardzo wie co ma teraz zrobić, pyta się mnie, czy mam może zapalniczkę albo zapałki. Niestety nie. Zastanawia sie nad tym, czy ma wyrzuty sumienia. Chyba nie. Dziwi go tylko, że zawsze jak chcemy zrobić coś dobrze, skutek jest odwrotny. Kolejna chwila. Myśl, że od dłuższego czasu ma w głowie tylko to. Ciąg przypadkowych ludzi, wszystkie twarze skierowane w dół, każdy uważnie studiuje chodnik. Klakson, krzyk. Lekko szare niebo, nad nim trzy gołębie wznoszą się w powietrze. To nie miłość. Przywiązanie, przyzwyczajenie. Kolejna chwila. Myśl, że jeżeli nam na czymś bardzo zależy, zazwyczaj nie staramy się o to. Strach, przeznaczenie. Ciekawe, co się z nim stanie. Ciekawe czy jest coś, co nas czeka, gdy już wszystko minie. Kolejna chwila. Myśl, że wszędzie ona, tutaj i tam w mieszkaniu. Czemu nie walczę, nie interesuje się, nie staram. Przecież to nie moja wina. Kolejna chwila. Myśl, że to to. Skok.
Stoi on, nie za bardzo wie co ma teraz zrobić, pyta się mnie, czy mam może zapalniczkę albo zapałki. Niestety nie. Zastanawia sie nad tym, czy ma wyrzuty sumienia. Chyba nie. Dziwi go tylko, że zawsze jak chcemy zrobić coś dobrze, skutek jest odwrotny. Kolejna chwila. Myśl, że od dłuższego czasu ma w głowie tylko to. Ciąg przypadkowych ludzi, wszystkie twarze skierowane w dół, każdy uważnie studiuje chodnik. Klakson, krzyk. Lekko szare niebo, nad nim trzy gołębie wznoszą się w powietrze. To nie miłość. Przywiązanie, przyzwyczajenie. Kolejna chwila. Myśl, że jeżeli nam na czymś bardzo zależy, zazwyczaj nie staramy się o to. Strach, przeznaczenie. Ciekawe, co się z nim stanie. Ciekawe czy jest coś, co nas czeka, gdy już wszystko minie. Kolejna chwila. Myśl, że wszędzie ona, tutaj i tam w mieszkaniu. Czemu nie walczę, nie interesuje się, nie staram. Przecież to nie moja wina. Kolejna chwila. Myśl, że to to. Skok.
sobota, czerwca 10, 2006
Z nocnych przemyśleń (0:31):
Strasznie boli mnie głowa, boli mnie głowa, mnie głowa boli, głowa boli mnie, boli głowa mnie. Anouk, Anouk, Anouk, Anouk, Anouk, to będzie imię mojej córki. Czuje, że jestem sam, w swoim świecie. Chciałbym żeby był pokój na świecie i żeby dzieci nie głodowały i żeby św. Mikołaj naprawdę istaniał i żeby chamstwa nie było i chciałbym czytać w cudzych myślach i żeby wszystko było takie same i żeby ludzie robili to co mówią i żeby w ogóle coś mówili, ale tylko niektórzy i żeby wszyscy byli szczęśliwi i zdrowi i żeby Zosia z drugiego piętra nareszcie kogoś sobie znalazła i żeby gazy ludzkie nie śmierdziały, a gówno wychodziło o jednej ustalonej porze, żeby mocz był o smaku świeżych cytryn, a tłuszcz na włosach bezdomnych bezcenny i żebym nie czuł się tak źle, trochę niezrozumiany i sam i żebym przestał się nad sobą użalać. Idź w pizdu.
Strasznie boli mnie głowa, boli mnie głowa, mnie głowa boli, głowa boli mnie, boli głowa mnie. Anouk, Anouk, Anouk, Anouk, Anouk, to będzie imię mojej córki. Czuje, że jestem sam, w swoim świecie. Chciałbym żeby był pokój na świecie i żeby dzieci nie głodowały i żeby św. Mikołaj naprawdę istaniał i żeby chamstwa nie było i chciałbym czytać w cudzych myślach i żeby wszystko było takie same i żeby ludzie robili to co mówią i żeby w ogóle coś mówili, ale tylko niektórzy i żeby wszyscy byli szczęśliwi i zdrowi i żeby Zosia z drugiego piętra nareszcie kogoś sobie znalazła i żeby gazy ludzkie nie śmierdziały, a gówno wychodziło o jednej ustalonej porze, żeby mocz był o smaku świeżych cytryn, a tłuszcz na włosach bezdomnych bezcenny i żebym nie czuł się tak źle, trochę niezrozumiany i sam i żebym przestał się nad sobą użalać. Idź w pizdu.
piątek, czerwca 09, 2006
Szkoda, że to co fajne tak szybko mija, szkoda, że niektórzy muszą gdzie pojechać daleko i na długo, szkoda, że nie zawsze możemy powiedzieć i okazać co właśnie czujemy, czy myślimy, szkoda, że właśnie pada deszcz, szkoda, że czujemy się czasami samotni, szkoda, że szkoda.
Dobrze, że istnieje gdzieś tam w przestrzeni grupa pewnych ludzi, którzy może tego nie wiedzą ale pomagają samą swoją obecnością, dobrze, że pan P. ma czasami wolne dwa pokoje z kuchnią, łazienką i balkonem, dobrze, że mogliśmy się tam ostatnio spotkać, dobrze, że mam do kogo zadzwonić i powiedzieć po prostu "Cześć", dobrze, że obok stoi gitara, dobrze, że potrafię czytać, a co za tym idzie, dobrze, że Coelho pisze książki i ze mam do nich dostęp, dobrze, że mam możliwość uczenia się patrzeć, dotykać i słuchać. Dobrze, że to czytasz.
Znaczna przewaga rzeczy dobrych, to dobrze.
Dobrze, że istnieje gdzieś tam w przestrzeni grupa pewnych ludzi, którzy może tego nie wiedzą ale pomagają samą swoją obecnością, dobrze, że pan P. ma czasami wolne dwa pokoje z kuchnią, łazienką i balkonem, dobrze, że mogliśmy się tam ostatnio spotkać, dobrze, że mam do kogo zadzwonić i powiedzieć po prostu "Cześć", dobrze, że obok stoi gitara, dobrze, że potrafię czytać, a co za tym idzie, dobrze, że Coelho pisze książki i ze mam do nich dostęp, dobrze, że mam możliwość uczenia się patrzeć, dotykać i słuchać. Dobrze, że to czytasz.
Znaczna przewaga rzeczy dobrych, to dobrze.
czwartek, czerwca 08, 2006
Niesamowicie ciekawe jest podglądanie ludzi, ale nie takie bezczelne oglądnie ciała pani Jadzi z sąsiedniego bloku, przy pomocy lornetki, ale patrzenia na twarze pasażerów autobusu, tramwaju, albo zwykłych przechodniów. Ludzkie twarze są jak otwarta książka, zapiski z całego życia, malują się na nich radości, smutki i chyba niestety to drugie uczucie dominuje. Często zapominamy, że ludzie mijajcy nas na ulicy też czują, cierpią, radują, mają własne, często ciężkie życie. Warto czasami zajrzeć im w oczy.
wtorek, czerwca 06, 2006
Dziwne, że zadowlenie i może nawet szczęście wypływa z całego przepracowanego dnia, z bolących nóg i pleców. Wydawało mi się, że wszystko, cały dzień, ma sens, to co robię mądre i przynoszące mi zadowolenie. Ale już chyba wiem o co chodzi. Po kilkunastu dniach spędzonych bezczynnie na obrzydliwym nudzeniu się, nareszcie robie coś wartościowego, mam zajęty cały dzień, a że mam z tego jakieś korzyści jest jeszcze fajniejsze. Powoli czuje, że coś się zmienia, może sam ja, ale chyba tego nie kontroluje, inaczej patrzę na świat, wiem, że mogę wiele i to jest piękne. Szkoda tylko, że nikt inny tego nie dostrzega, albo nic o tym nie mówi.
poniedziałek, czerwca 05, 2006
Jak można dojść do tego kim się jest, co się robi w życiu, co sie będzie robiło, z kim, gdzie, kiedy, jacy jesteśmy, jacy będziemy?. Dlaczego jest tak, że wszędzie są tylko pytania, a nie ma na nie żadnych odpowiedzi? Czy liczą się tylko chwile? Moja jest taka- nad głową otwarte okno, lekki szum wydawane przez pracowite auta, gdzieś tam, w otwartym oknie księżyc pocichu podświetlający jakąś niewiadomo skąd przybyłą chmurę i tak jest zawsze, za minutę chmury nie będzie, księżyc zajdzie. Zostaną wspomnienia? Co z tego, czas i je potrafi zatrzeć.
Nie wiem czy to mnogość pomysłów, czy ich brak, ale nie wiem nic... Co pisać? O czym mówić? Dosyć dużo rzeczy miało i ma miejsce w tym momencie. Jak narazie jestem tylko ja i parę osób kręcących się ciągle w mojej głowie. Czy mi zależy? Już chyba nie, chociaż za pięć minut powiem coś innego. Cała ta nowa sytuacja na początku chora, teraz zaczyna być całkiem przyjemno, no bo czy ktoś sobie wyobrażał dni, w których nie będzie trzeba wstawać o 7, iść do szkoły, użerać się z psorami? Ja nie, ale powoli zauważam, że wokny czas może działać też na naszą korzyść. Ale jak narazie enjoy the silence....
Przeznaczenie? Praca? Nie. Bardziej odwieczna chęć pisania, opisywania, hobby, fasycnacja tym, co może zdziałać jedno słowo, zdanie. Jedni robią zdjęcia, uwiczniają wyjątkowe chwile takie jakimi są, sądzę, że opisywanie ma tą przewagę nad zdjęciami, że zawsze można opiswaną rzeczywistość ubarwić, całkowicie zmienić, albo puścić w niepamięć. Dlatego chcę pisać, chcę żeby cos po mnie zostało. W tej chwili przytłacza mnie myśl, że takich ludzi jak ja na świecie są miliardy, a więc jakim prawem uważam sie za wyjatkowego? Będę pisał o wszystkim i o niczym, o mnie i o tobie, o tym co mnie boli i śmieszy, ale nie będzie to pamiętnik, raczej mały przyjaciel, który ciągle słucha potakując przyjaźnie głową, nic nie odpowiadając.
Przeznaczenie? Praca? Nie. Bardziej odwieczna chęć pisania, opisywania, hobby, fasycnacja tym, co może zdziałać jedno słowo, zdanie. Jedni robią zdjęcia, uwiczniają wyjątkowe chwile takie jakimi są, sądzę, że opisywanie ma tą przewagę nad zdjęciami, że zawsze można opiswaną rzeczywistość ubarwić, całkowicie zmienić, albo puścić w niepamięć. Dlatego chcę pisać, chcę żeby cos po mnie zostało. W tej chwili przytłacza mnie myśl, że takich ludzi jak ja na świecie są miliardy, a więc jakim prawem uważam sie za wyjatkowego? Będę pisał o wszystkim i o niczym, o mnie i o tobie, o tym co mnie boli i śmieszy, ale nie będzie to pamiętnik, raczej mały przyjaciel, który ciągle słucha potakując przyjaźnie głową, nic nie odpowiadając.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

