niedziela, lipca 16, 2006
Każde wyjście równa się z utratą części siebie. Jak najwięcej czasu staram się siedzieć w domu, bo tu czuje się bezpiecznie. Tak powinno być nasz dom, nasza ostoja, tutaj każdy powinien czuć się dobrze. Zamykanie się, izolacja nie jest rozwiązaniem, ale co zrobić, kiedy miasto straszy swoją brzydotą, a ludzie brakiem wychowania, uczući choćby dobrego smaku. Naładowaniem baterii i odzyskaniem poczucia tego, że naprawdę żyje, był wyjazd do niemałej, niedużej miejscowości pod Poznaniem, z której wywodzi się rodzina od strony ojca. Już nawet nie chcę pisać ile radości, nawet małego mistycyzmu, sprawia człowiekowi poznanie miejsc, w których wszystko się zaczęło, chodzenie po grobach ludzi, dzięki którym mogę pisać ten tekst, mogę chodzić po ziemii. Chodzenie po korytarzach klasztoru w Lądzie, po których snuł się stryj, pracujący nad jakimiś manuskryptami. Dworek stryjka F. dzięki któremy powstało muzeum, tyle miejsc i tyle rzeczy do zobaczenia. Czasami widzimy coś, co utrwala się w naszej głowie na długi czas. Ja widzę teraz całą rodzinę siedzącą przy jednym stole, ludzi, w których płynie jedna krew i czuje się tym widokiem podbudowany. Ludzi, którzy nie traktują cię jak przyjezdnego, ale jak "swojego", czułem się tak, jakbym wszystkie ciocie, wujków, kuzynów, widział wczoraj i przedwczoraj i w zeszłym tygodniu, jakby mieszkali ze mną. Pola mieniące się różnymi kolorami, odcieniami żółci i zieleni, wierzby. Górki, na których stoją małe kościółki, nad tym niebieskie niebo z delikatnymi chmurami. Coś co cieszy, nęci, kusi i zostaje na długo w pamięci.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz