piątek, lipca 14, 2006

Szukając najjaśniejszej z gwiazd, wpadłem w jej oczy duże i głębokie, widziałem w nich tylko siebie, żadnych uczuć, nic. Nie wiedziałem co myśli, czego oczekuje, o czym marzy. Uparłem się na księżyc, codziennie wieczorem siadałem na dachu i wpatrywałem się w niego, czekałem, aż da mi nasz umówiony znak, ale on nie odzywał się do mnie przez parę dni, dopiero wczoraj zaczął mrugać i wykrzywiać się. Nareszcie zrozumiałem, księżyc nie jest kawałkiem skały zawieszonej w kosmosie, odbijającej światło słoneczne, on jest okiem, patrzącym na nas każdej nocy. Jeżeli akurat dzisiaj chmury nie pozwalają oglądać mu Twoich zachowań, patrzy na kogoś innego, może w Szwecji, Norwegii, Niemczech, kto wie. Szukając najjaśniejszej z gwiazd, znalazłem księżyc, nie zwróciłbym na niego uwagi, ale właśnie przypatrywał się Tobie, widziałem to w jego źrenicy. Najpierw zamyślona chodziłaś po mieszkaniu, usiadłaś na chwilę z jakąś książką, zrobiłaś sobie herbatę, a później usiadłaś w oknie, patrząc na niego, czyli na mnie. Dlatego ciągle czuje Twoją obecność, dlatego właśnie wpadłem w Twoje oczy duże i głębokie, teraz pełne ciepła? Może litości. Nie czuje żalu, że za niczym nie nadążam, wszystko przelewa się powoli. Próbowałem cię przesadzić, przenieść, wynieść, wyciąć, ale zawsze w ostatniej chwili rozmyślałem się. Patrzę w niebo, ale księżyc zakryty jest chmurami.

Brak komentarzy: