Jacek odkrył swoją słabą stronę, odkrył ciemną stronę, odkrył kanał, którym upływała z niego energia, odkrył czarną dziurę, wielkości ucha igielnego, która wysysała z niego chęci, ochot, zamiary i siły.
Chociaż tak naprawdę, bardziej chodzi tu o jego psychikę. Dziura, ciemna strona, słaba strona- to określenia wymyślone przez niego, pomagające w uporządkowaniu rzeczy dziejących się w nim, obok niego i niedziejących się w ogóle.
Podsumował przemyślenia i doszedł do tezy (jak to brzmi przyjemnie naukowo), że problem dotyczy wszystkich, nie tylko niego (jaka ulga!!).
Trzeba przestać tylko myśleć, tylko planować!! Jak to podcina skrzydła, wpycha w czarną dziurę obłędu. Boże, jak Jacek chciał się realizować, przemienić w działanie, te wszystkie misterne plany, które wyrosły w jego głowie. Chciał robić coś potrzebnego, wyjątkowego. W swojej głowie był i muzykiem i pisarzem i plastykiem, edytorem i krytykiem, dziennikarzem muzycznym i publicystycznym, księgarzem i sobą, bo co najważniejsze, Jacek nie był sobą. Bo przecież jak można być sobą, nie wiedząc kim się jest i gdzie się jest i po co się jest?
I Jacek podglądał bezwstydnie innych, używając do tego popularnych portali społecznościowych. I zastanawiał się czy te wszystkie uśmiechnięte osoby, modnie ubrane, w najmodniejszych miejscach w mieście, ściskające jeszcze modniejszych od siebie, czy to oni? Czy to oni, młodzi, piękni, pełni satysfakcji, która wypływała wielką strugą z ich żywotów, czy to oni osiągnęli ten stan, tak usilnie poszukiwany przez Jacka? Przecież wszystkie ich starania przynoszą owoce, wielkie i soczyste, ich działania nie skraplają ich czół potem. A Jacek nie mógł zrobić nic, czego nie dotknął obracało się w popiół w jego dłoniach.
I nie zostało nic, oprócz gorzkich myśli, przekształcanych w gorzkie wypowiedzi, które mają specjalnie ranić wszystkich dookoła. Maska zajebistości, pod którą sypie się próchno, występuje korozja.
Ale Jacek ma się dobrze.
niedziela, grudnia 20, 2009
czwartek, grudnia 10, 2009
Coś za łatwo wsiąka mi się w niebyt, nawet nie czuje przejścia między granicami. Rzeczywistość staje się tak samo nierealna, jak dryfowanie pomiędzy przestrzenio-płaszczyznami. Ostatnio częściej noszę w sobie drobinki alkoholowe, niż drobinki spokoju i wyspania. I męczę się tym samym, bo kac to dla stan wyostrzonej świadomości. Świadomości maluczkiego mego życia, widzę śmierć moją i innych, proste zwierzęce prawa rządzące relacjami międzyludzkimi i unika mi wtedy drugi świat, ma zapełniona głowa pod wpływem alkoholu pustoszeje. Uciekają skrzaty w pośpiechu zabierając ze sobą dżdżownice myśli, uciekają motyle, ważki, moje kolorowe psychodeliczne schizy.
I ważna wiadomość dla pani Krysi: Ogłaszam! Nie jestem narkomanem, nie wspomagam mej wyobraźni sproszkowanym szczęściem, biletem w wir kolorowych tasiemko-żyłek napinających rzeczywistość, nie nadwyrężam powiek wciskając pod nie wielkich gabarytów pastylek, kryształków diabelskich, żyły moje nie puchną i nie sinieją pod wpływem końskich szpryc, ukradzionych ojcu-weterynarzowi. Nie zamieniam wody w wino. Nie uśmiecham się, gdy jest mi smutno. Nie klepie ludzi, którzy plują mi w twarz, po plecach.
Ale, ale, dosyć. Prrr. Koniec tych wydumanych, gówniarskich bredni. Żeby być szczerym, muszę coś wyznać! Kiełkuje mi głowa, i kiełkuje mi ciało. Zbieram się od bardzo, bardzo, bardzo długiego czasu, do napisania książki i dzisiaj pod wpływem lektury Mirosława Nahacza, stwierdzam, że czas się zbliża. Jednak nie znamy dnia, ani godziny.
Uczta:
I ważna wiadomość dla pani Krysi: Ogłaszam! Nie jestem narkomanem, nie wspomagam mej wyobraźni sproszkowanym szczęściem, biletem w wir kolorowych tasiemko-żyłek napinających rzeczywistość, nie nadwyrężam powiek wciskając pod nie wielkich gabarytów pastylek, kryształków diabelskich, żyły moje nie puchną i nie sinieją pod wpływem końskich szpryc, ukradzionych ojcu-weterynarzowi. Nie zamieniam wody w wino. Nie uśmiecham się, gdy jest mi smutno. Nie klepie ludzi, którzy plują mi w twarz, po plecach.
Ale, ale, dosyć. Prrr. Koniec tych wydumanych, gówniarskich bredni. Żeby być szczerym, muszę coś wyznać! Kiełkuje mi głowa, i kiełkuje mi ciało. Zbieram się od bardzo, bardzo, bardzo długiego czasu, do napisania książki i dzisiaj pod wpływem lektury Mirosława Nahacza, stwierdzam, że czas się zbliża. Jednak nie znamy dnia, ani godziny.
Uczta:
piątek, listopada 27, 2009
Coś to życie nam się robi nieporadne. Ciągły strach i ból i lęk. I udawać się już nawet nie chce, ale jak to, przyznać się do tego jacy jesteśmy naprawdę?? Ciężki to kawałek chleba, wejść na najwyższy dach w mieście i wykrzyczeć, że wszystkie te Adidasy, Nike'i, te okulary na pół twarzy czarne oprawki, spodnie z krokiem między kolanami, te modne słowa ordynarne i nieczułe, te sytuacje kopania i plucia na twarz, to nie Ja. Ja to mysz uciekająca, pies wierzący i ufający, do serca podchodzę, mam dość uciekania i samotności. Wszystko to kurewstwo, zło wcielone, obłuda.
Chociaż i tak nie przystaniesz i nie wyciągniesz ręki.
Nie ufasz kurwom.
Chociaż i tak nie przystaniesz i nie wyciągniesz ręki.
Nie ufasz kurwom.
środa, listopada 18, 2009
Od dłuższego czasu, kiedy tylko zasnę, zostaje obudzony.
Nie budzi mnie zapalone nagle światło, ani krzyk, ani puszczona nagle głośna muzyka. Nie jestem w wieku, w którym skutecznie ze snu wybudzają szmery i trzaski- monolog domu. Nie budzą mnie obcy ludzie starający się dostać do niego. Nie budzą mnie koszmary, bo czym są złe sny, w porównaniu z koszmarnym życiem? Nie budzi mnie pragnienie, ani głód.
Budzi mnie pukanie w okno. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby mój pokój znajdował się na parterze, mieszkam jednak na poddaszu, jedyne okno w moim pokoju znajduje się w dachu.
Pukanie jest delikatne, nie natarczywe, jak walenie do drzwi intruza. Pukanie nie ostrzega przed czymś złym, ono zapowiada wydarzenia, dobre wydarzenia. Kto puka?
Nie wiem czy pisać o tym, nie uwierzysz, na dodatek popłaczesz się ze śmiechu, wyzwiesz mnie od idioty, a w najlepszym razie zaczniesz mnie unikać, jak trędowatego. Puka mała osoba, ludzik, choć mało ludzki, nie zwierzęcy, ani nie wyimaginowany. Pan Pytanie i Pan odpowiedź, Pan Las, Pan Spokój.
Nic nie mówi, patrzy, a jego spojrzenie przyciąga i hipnotyzuje. Siada na parapecie, i jest tym co budzi Dobre. W oczach można dostrzec innych ludzi i ich Przewodników, Panów Pytanie jest bardzo dużo.
To co przedstawia, to stan, którego brakuje nam w życiu, prowadzi nas przez wyimaginowane sytuacje, które mogą się zdarzyć, bądź też nie, wszystko zależy od nas. Naprowadza nas, daje ukojenie, wskazówki, uśmiechy. Daje powód do przeżycia kolejnego dnia. A co chce w zamian? Nic. Jego zapłatą, jest szczęście, nasze wytchnienie.
Chwile, kiedy klęczę przed Panem Odpowiedzią, to najlepszy moment w moim całym dniu. Czasami Śpiewa, ale nie po polsku, czy angielsku, czy w jakimś innym języku. Śpiewa myślami, a śpiew wygładza zadrapania duszy.
Pan Pytanie, przyjdzie dzisiaj do mnie, już na niego czekam. Dokładnie wiem co mi pokaże. Posiedzi ze mną dosyć długo, bo dziury w mojej duszy, nie da się tak łatwo zasklepić.
Nie budzi mnie zapalone nagle światło, ani krzyk, ani puszczona nagle głośna muzyka. Nie jestem w wieku, w którym skutecznie ze snu wybudzają szmery i trzaski- monolog domu. Nie budzą mnie obcy ludzie starający się dostać do niego. Nie budzą mnie koszmary, bo czym są złe sny, w porównaniu z koszmarnym życiem? Nie budzi mnie pragnienie, ani głód.
Budzi mnie pukanie w okno. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby mój pokój znajdował się na parterze, mieszkam jednak na poddaszu, jedyne okno w moim pokoju znajduje się w dachu.
Pukanie jest delikatne, nie natarczywe, jak walenie do drzwi intruza. Pukanie nie ostrzega przed czymś złym, ono zapowiada wydarzenia, dobre wydarzenia. Kto puka?
Nie wiem czy pisać o tym, nie uwierzysz, na dodatek popłaczesz się ze śmiechu, wyzwiesz mnie od idioty, a w najlepszym razie zaczniesz mnie unikać, jak trędowatego. Puka mała osoba, ludzik, choć mało ludzki, nie zwierzęcy, ani nie wyimaginowany. Pan Pytanie i Pan odpowiedź, Pan Las, Pan Spokój.
Nic nie mówi, patrzy, a jego spojrzenie przyciąga i hipnotyzuje. Siada na parapecie, i jest tym co budzi Dobre. W oczach można dostrzec innych ludzi i ich Przewodników, Panów Pytanie jest bardzo dużo.
To co przedstawia, to stan, którego brakuje nam w życiu, prowadzi nas przez wyimaginowane sytuacje, które mogą się zdarzyć, bądź też nie, wszystko zależy od nas. Naprowadza nas, daje ukojenie, wskazówki, uśmiechy. Daje powód do przeżycia kolejnego dnia. A co chce w zamian? Nic. Jego zapłatą, jest szczęście, nasze wytchnienie.
Chwile, kiedy klęczę przed Panem Odpowiedzią, to najlepszy moment w moim całym dniu. Czasami Śpiewa, ale nie po polsku, czy angielsku, czy w jakimś innym języku. Śpiewa myślami, a śpiew wygładza zadrapania duszy.
Pan Pytanie, przyjdzie dzisiaj do mnie, już na niego czekam. Dokładnie wiem co mi pokaże. Posiedzi ze mną dosyć długo, bo dziury w mojej duszy, nie da się tak łatwo zasklepić.
czwartek, listopada 05, 2009
środa, listopada 04, 2009
Pierwszy płatek śniegu spadł jej na twarz. Otuliła się ramionami wpatrzona w pobliską latarnię.
Atak się zaczął. Za pierwszym płatkiem poleciały dwa następne, potem cztery, kolejne osiem, szesnaście, setki, tysiące, miliony. Szarość, błotne brązy, czerń asfaltu, żadne kolory nie miały szans w starciu z białą falą.
Osunęła się na kolana, podparła wyciągniętymi rękami. Wokół jej dłoni i kolan szybko powstały mokre koła stopionego śniegu. Dzień dobiega końca, jej życie także.
Nic się nie zmienia.
Może mniej boli.
Nauczyła się uśmiechać sama do siebie.
Możliwość chodzenia tam, gdzie się jej podoba, budziła to dobrze znane z dzieciństwa uczucie łamania praw, za każdym razem, gdy wchodziła do jakiegoś budynku i wynosiła zaopatrzenie, czekała na krzyk: Złodziej! Czekała na szarpanie, w wielkich halach hipermarketów udawała, że mija wózkiem innych ludzi, przy kasach przystawała na chwilę, wyciągała portfel, po czym rozbawiona do łez sytuacją wychodziła.
Najgorsze były noce. Szmery, odgłosy łamania, szurania, te tuż przy uchu i te na zewnątrz. Własne mieszkanie, obce, przerażające. Barykadowała się w pokoju, co bawiło ją tym bardziej. Spodziewała się tłumów, chociaż była sama.
Przecież może jechać do Hiszpanii, za darmo. Do wymarzonego kraju przystojnych mężczyzn i gorących kobiet, kraju byczej krwi, na myśl o ludziach, aż zabrakło jej oddechu ze śmiechu. Czy to szaleństwo? Samochodów ma pod dostatkiem, stacje benzynowe to nie problem, tak samo jedzenie, przynajmniej do czasu. Może gdzie indziej, jest inaczej.
Wytrzymała trzy miesiące. Ośnieżona latarnia, jako ostatnia zobaczyła jej zdeterminowaną minę, ośnieżona latarnia pomogła przywiązać do siebie sznur. Ośnieżona latarnia nie złamała się pod jej ciężarem. Ośnieżona latarnia.
Nikt nie wie, jak do tego doszło.Wszyscy uważają, że opieka była odpowiednia. Prywatna pielęgniarka, leki, wizyty najlepszych lekarzy. Mieli pieniądze, co za tym idzie, mieli możliwości. Nawet sąsiedzi nie zdawali sobie sprawy, że najpogodniejsza osoba w tej części miasta, zapadła na ciężką schizofrenię. Przecież tyle się śmiała, nie mogła być chora. Prowadziła dziennik.
Po prostu uważała się za ostatnią osobę na ziemi.
Atak się zaczął. Za pierwszym płatkiem poleciały dwa następne, potem cztery, kolejne osiem, szesnaście, setki, tysiące, miliony. Szarość, błotne brązy, czerń asfaltu, żadne kolory nie miały szans w starciu z białą falą.
Osunęła się na kolana, podparła wyciągniętymi rękami. Wokół jej dłoni i kolan szybko powstały mokre koła stopionego śniegu. Dzień dobiega końca, jej życie także.
Nic się nie zmienia.
Może mniej boli.
Nauczyła się uśmiechać sama do siebie.
Możliwość chodzenia tam, gdzie się jej podoba, budziła to dobrze znane z dzieciństwa uczucie łamania praw, za każdym razem, gdy wchodziła do jakiegoś budynku i wynosiła zaopatrzenie, czekała na krzyk: Złodziej! Czekała na szarpanie, w wielkich halach hipermarketów udawała, że mija wózkiem innych ludzi, przy kasach przystawała na chwilę, wyciągała portfel, po czym rozbawiona do łez sytuacją wychodziła.
Najgorsze były noce. Szmery, odgłosy łamania, szurania, te tuż przy uchu i te na zewnątrz. Własne mieszkanie, obce, przerażające. Barykadowała się w pokoju, co bawiło ją tym bardziej. Spodziewała się tłumów, chociaż była sama.
Przecież może jechać do Hiszpanii, za darmo. Do wymarzonego kraju przystojnych mężczyzn i gorących kobiet, kraju byczej krwi, na myśl o ludziach, aż zabrakło jej oddechu ze śmiechu. Czy to szaleństwo? Samochodów ma pod dostatkiem, stacje benzynowe to nie problem, tak samo jedzenie, przynajmniej do czasu. Może gdzie indziej, jest inaczej.
Wytrzymała trzy miesiące. Ośnieżona latarnia, jako ostatnia zobaczyła jej zdeterminowaną minę, ośnieżona latarnia pomogła przywiązać do siebie sznur. Ośnieżona latarnia nie złamała się pod jej ciężarem. Ośnieżona latarnia.
Nikt nie wie, jak do tego doszło.Wszyscy uważają, że opieka była odpowiednia. Prywatna pielęgniarka, leki, wizyty najlepszych lekarzy. Mieli pieniądze, co za tym idzie, mieli możliwości. Nawet sąsiedzi nie zdawali sobie sprawy, że najpogodniejsza osoba w tej części miasta, zapadła na ciężką schizofrenię. Przecież tyle się śmiała, nie mogła być chora. Prowadziła dziennik.
Po prostu uważała się za ostatnią osobę na ziemi.
poniedziałek, listopada 02, 2009
I drzewa szepcą to krótkie pozdrowienie, i księżyc światłem przekazuje tę wiadomość.
Zagubiony człowiek błąkający się po ulicy, ale zagubiony tylko dla nas, on sam ma plan i stara się go wykonać, pokazać całemu światu, że to co widzimy codziennie i nie przerwanie, tak naprawdę nie ma sensu. Wstawanie, ubieranie, chodzenie do szkoły, do pracy, powtarzanie tych samych czynności, które mają nam przynieść tych parę papierków i kawałków metalu. Czy nie istnieje coś więcej, coś za tym co widzimy? Istnieje, przynajmniej w mojej głowie. Przeznaczenie, szczypta magii, życie pełne słońca, uśmiechu. Chcę do tego dążyć, ale nie wiem jak. Krążę, pukam, zaglądam, dopraszam się, ale czy sama świadomość wystarczy żeby to osiągnąć? Jakie jest zaklęcie, i jakie potrzebne składniki? Jak można przekazać drugiej osobie, o co tak naprawdę chodzi mi w życiu?
Dobranoc.
Zagubiony człowiek błąkający się po ulicy, ale zagubiony tylko dla nas, on sam ma plan i stara się go wykonać, pokazać całemu światu, że to co widzimy codziennie i nie przerwanie, tak naprawdę nie ma sensu. Wstawanie, ubieranie, chodzenie do szkoły, do pracy, powtarzanie tych samych czynności, które mają nam przynieść tych parę papierków i kawałków metalu. Czy nie istnieje coś więcej, coś za tym co widzimy? Istnieje, przynajmniej w mojej głowie. Przeznaczenie, szczypta magii, życie pełne słońca, uśmiechu. Chcę do tego dążyć, ale nie wiem jak. Krążę, pukam, zaglądam, dopraszam się, ale czy sama świadomość wystarczy żeby to osiągnąć? Jakie jest zaklęcie, i jakie potrzebne składniki? Jak można przekazać drugiej osobie, o co tak naprawdę chodzi mi w życiu?
Dobranoc.
niedziela, listopada 01, 2009
Z okazji dzisiejszego święta wypadałoby napisać coś ważnego i górnolotnego. Należałoby powspominać, powymieniać. Uhh. Nic nie przychodzi do głowy, może jedno, czy należy wspominać publicznie, przepychać się od siódmej rano, żeby tylko być pierwszym na cmentarzu, kupić największy, najjaskrawszy znicz, najlepiej taki grający! Czy to ma sens? Czy ma sens wymyślanie sobie specjalnie jednego dnia, na odwiedzanie grobów bliskich? Czy w ciągu roku cmentarze są pozamykane, a znicze i kwiaty nie produkowanie i nie dostarczane? Czy wyścig szczurów dotyczy już też, tak intymnej strony naszego życia, jak przebywanie z naszymi zmarłymi bliźnimi? Każdy musi być pierwszy, każdy uważa, że ma większe prawo do bycia pierwszym, niż pozostali, chociaż, dla osób zainteresowanych, leżących w swoich kwaterach, jest to bez znaczenia.
Magii już nie ma, zniknęła dawno temu. Dawno temu, kiedy wymyślono grające znicze, dawno temu, kiedy obdarto z mistycyzmu i ze znaczenia ten dzień. A jakie jest znaczenie? To możliwość spotkania się z rodziną, wspominków w głębi siebie.
A i na przyszłość. Gdybyście zapomnieli już do końca co się robi 1 listopada, po co w ogóle to chodzenie na cmentarze, pamiętajcie, że to festyn, sposobność do kupienia gofrów i baloników, hot dogów, hamburgerów i grillowanej kiełbasy.
Magii już nie ma, zniknęła dawno temu. Dawno temu, kiedy wymyślono grające znicze, dawno temu, kiedy obdarto z mistycyzmu i ze znaczenia ten dzień. A jakie jest znaczenie? To możliwość spotkania się z rodziną, wspominków w głębi siebie.
A i na przyszłość. Gdybyście zapomnieli już do końca co się robi 1 listopada, po co w ogóle to chodzenie na cmentarze, pamiętajcie, że to festyn, sposobność do kupienia gofrów i baloników, hot dogów, hamburgerów i grillowanej kiełbasy.
środa, października 28, 2009
Szmat czasu mnie zaskoczył, skopał i porwał- dziwisz, się, że "czas" można personifikować? A owszem, wszystko można, napluć w twarz krytykantowi również.
Ale, ale, do rzeczy.
Czas złapał mnie za rękę, ja wiedziony niezdrową ciekawością poddałem się mu, nieuważnie.
Kolejna dygresja: jak ten poczciwiec Pan Czas, zaproponuje wspólną wycieczkę, kopnij nicponia w dupę i palcem pogroź, bo to nieopłacalne doświadczenie. Latasz i obijasz się, marnując często to co ważne, zaniedbując Tych najważniejszych i gnębiąc siebie samego.
Zniknąłem, chociaż nie zmieniłem miasta, w którym żyć mi przyszło, nie utraciłem też świadomości popadając w śpiączkę, w sumie ciężko powiedzieć co zaszło, może zwykłe zmiany?
Nie patrzyłem nawet, z którego dnia i roku pochodzi ostatni wpis, ale dużo wody w Wiśle upłynęło.
Co chcę powiedzieć: terapię oczyszczania duszy pora zacząć. Bo temu ma ten blog służyć, nie będzie tu informacji o wzlotach i upadkach moich, jak i innych ludzi, nie będzie imion i nazwisk, nie będzie sensacji. Można się za to spodziewać, krótkich wpisów, bez tematu i bez myśli przewodniej, ale wypełnionych sarkazmem i ironią, szczególnie tą "auto". Nie wiem czy będzie ktoś zainteresowany czytaniem tych treści, ale zapraszam, podkreślając raz jeszcze fragment o terapii.
A więc, do przeczytania!.
Chyba nie wspominałem, że od czasu do czasu pojawi się i muzyka i zdjęcia?
Ano, tak będzie.
Dobry początek:
Ale, ale, do rzeczy.
Czas złapał mnie za rękę, ja wiedziony niezdrową ciekawością poddałem się mu, nieuważnie.
Kolejna dygresja: jak ten poczciwiec Pan Czas, zaproponuje wspólną wycieczkę, kopnij nicponia w dupę i palcem pogroź, bo to nieopłacalne doświadczenie. Latasz i obijasz się, marnując często to co ważne, zaniedbując Tych najważniejszych i gnębiąc siebie samego.
Zniknąłem, chociaż nie zmieniłem miasta, w którym żyć mi przyszło, nie utraciłem też świadomości popadając w śpiączkę, w sumie ciężko powiedzieć co zaszło, może zwykłe zmiany?
Nie patrzyłem nawet, z którego dnia i roku pochodzi ostatni wpis, ale dużo wody w Wiśle upłynęło.
Co chcę powiedzieć: terapię oczyszczania duszy pora zacząć. Bo temu ma ten blog służyć, nie będzie tu informacji o wzlotach i upadkach moich, jak i innych ludzi, nie będzie imion i nazwisk, nie będzie sensacji. Można się za to spodziewać, krótkich wpisów, bez tematu i bez myśli przewodniej, ale wypełnionych sarkazmem i ironią, szczególnie tą "auto". Nie wiem czy będzie ktoś zainteresowany czytaniem tych treści, ale zapraszam, podkreślając raz jeszcze fragment o terapii.
A więc, do przeczytania!.
Chyba nie wspominałem, że od czasu do czasu pojawi się i muzyka i zdjęcia?
Ano, tak będzie.
Dobry początek:
Subskrybuj:
Posty (Atom)