czwartek, grudnia 10, 2009

Coś za łatwo wsiąka mi się w niebyt, nawet nie czuje przejścia między granicami. Rzeczywistość staje się tak samo nierealna, jak dryfowanie pomiędzy przestrzenio-płaszczyznami. Ostatnio częściej noszę w sobie drobinki alkoholowe, niż drobinki spokoju i wyspania. I męczę się tym samym, bo kac to dla stan wyostrzonej świadomości. Świadomości maluczkiego mego życia, widzę śmierć moją i innych, proste zwierzęce prawa rządzące relacjami międzyludzkimi i unika mi wtedy drugi świat, ma zapełniona głowa pod wpływem alkoholu pustoszeje. Uciekają skrzaty w pośpiechu zabierając ze sobą dżdżownice myśli, uciekają motyle, ważki, moje kolorowe psychodeliczne schizy.

I ważna wiadomość dla pani Krysi: Ogłaszam! Nie jestem narkomanem, nie wspomagam mej wyobraźni sproszkowanym szczęściem, biletem w wir kolorowych tasiemko-żyłek napinających rzeczywistość, nie nadwyrężam powiek wciskając pod nie wielkich gabarytów pastylek, kryształków diabelskich, żyły moje nie puchną i nie sinieją pod wpływem końskich szpryc, ukradzionych ojcu-weterynarzowi. Nie zamieniam wody w wino. Nie uśmiecham się, gdy jest mi smutno. Nie klepie ludzi, którzy plują mi w twarz, po plecach.

Ale, ale, dosyć. Prrr. Koniec tych wydumanych, gówniarskich bredni. Żeby być szczerym, muszę coś wyznać! Kiełkuje mi głowa, i kiełkuje mi ciało. Zbieram się od bardzo, bardzo, bardzo długiego czasu, do napisania książki i dzisiaj pod wpływem lektury Mirosława Nahacza, stwierdzam, że czas się zbliża. Jednak nie znamy dnia, ani godziny.

Uczta:

Brak komentarzy: