wtorek, grudnia 28, 2010

Święta to festiwal. Niestety, ale obłudy. Nie wiem, czy to polityka molochów handlowych, czy głupota ludzi, ale święta zostały zdominowane przez zakupy. Tylko to się liczy, więcej, drożej, zakupy, zakupy, zakupy. A więc proszę nie zadawać sobie więcej pytań: gdzie podziała się ta atmosfera? Nie ma jej i już nie wróci. Ważne, żeby jak najszybciej po świętach, nawet już drugiego ich dnia, wyjść z domu i wydawać, wydawać!! Chuj z rodziną, chuj ze świątecznymi potrawami. Pizza, hamburgery, wołowina, wieprzowina, gówno w bułce za 3 zł. To jest pyszne.


Z drugiej strony, Polacy uzurpują sobie miejsce wielkiego narodu w Europie. Uważają się za naród wybrany. Niestety nasza mentalność jest straszna. Żyjemy cały czas w chorym zakłamaniu, chorobie psychicznej. W jebanym Tesco furorę robią półkilowe paczki cukierków. Dlaczego??? Ponieważ kosztują 2 zł. Jakby kosztowały 3.99, to nikt by ich nie kupił, bo to zdzierstwo i oszustwo w biały dzień. Nasza mentalność jest taka, że najlepiej jak na stole stoi słoik kompotu i wielka micha grochówki i pół litra spirytusu, to dopiero jest fest zabawa. Do tego przytupaja ze skocznym rytmem, jakieś "Majteczki w kropeczki". Takie były święta, taki będzie sylwester i przyszłe lata. Nic się nie zmieni. Całe wrzucanie na elitę polityczną, że to kłamcy i złodzieje jest bezsensu. Cały nasz naród jest taki. Nie dziwi mnie fakt, że według najnowszych badań, Ukrainki, które pracują w Polsce, jako pomoc domowa nie narzekają na zarobki, ani warunki pracy. Chcą tylko trochę więcej szacunku. A tego Polacy nie mają. Mają za to w sobie tony chamstwa, zakłamania i buractwa, wieśniactwo, kuwa w najgorszym wydaniu. Każdy za plecami chowa nóż rzeźnicki i patrzy komu go wsadzić w plecy. Jesteśmy kiblem Europy, i tak pozostanie jeszcze długi czas.

piątek, grudnia 10, 2010

Chciałbym serdecznie podziękować za pytania, na które nie znam odpowiedzi. Przez środek mojej głowy musi przebiegać świetlista autostrada, z której bardzo chętnie i często korzysta stwórca. Jest to światłowód przekazujący w eter tysiące pytań. Pytań innych ludzi. Kim jestem, co tu robię, dlaczego, po co, jak długo, gdzie, kiedy? Dziękuję. Ja sam nie wiem połowy rzeczy o sobie, nie dorosłem, nie dojrzałem do rozwiązywania cudzych problemów. I co sądzę? Mianowicie to, że nie było, nie ma i nie będzie na świcie człowieka, który do tego dojrzeje. Jesteśmy samolubnymi bytami, które przede wszystkim dążą do zaspokajania swoich potrzeb, duchowych i tych prymitywnych. Kolejna moja myśl: czy to przewrotność losu, że potrzeby duchowe, nie są tak pociągające jak potrzeby prymitywne (kopulacja, głód?). Jak mamy zastanawiać się nad absolutem, kiedy co chwila burczy nam w brzuchu, jajniki produkują dziwne jajeczka, a plemniki wszędobylskie głowo-wici?

poniedziałek, listopada 29, 2010

The National - Bloodbuzz Ohio

Poranek był potworny, ból, zagubienie. Efekty tego poranka póki co zapowiadają się niesamowicie dobrze. Czyli to prawda, co nas nie zabij, to nas wzmocni. I dobrze.

Siedzę w swojej małej muszli otoczony dźwiękami organicznymi i syntetycznymi. Ocieram si o doskonałość, to znów przepadam. Jest w tym wszystkim pewna satysfakcja, ale i szaleństwo. Chęć żeby śnieg pokrył wszystko i wszystkich, żeby nas zabił. Wtedy zniknie największy problem tej planety- człowiek. Istota głupia i prosta, jak drut od snopowiązałki. A pada pięknie, tak jak lubię najbardziej- mocno i nieprzerwanie. Czuje się odrealniony. Znikają dźwięki, oczy są bezradne. Wyobrażam sobie w takich momentach, że jestem gdzie indziej. Daleko, daleko stąd. Gdzie całe moje dotychczasowe życie wydaję się być nieistotne i pozbawione sensu. Życie, które prowadzi prostą drogą do wyparowania. A więc padaj śniegu, myl nasze drogi, płyń swoimi ścieżkami fikcji. Dzięki temu odpoczywają nasze głowy.

środa, listopada 24, 2010

Ach, sercu bliskie. Dlaczego, po co, jak i kiedy??


I only smoke weed when I need to
And I need to get some rest
I confess, I burnt a hole in the mattress
Yes, yes, it was me, I plead guilty
And on the count of three I pull back the duvet
Make my way to the refrigerator
One dry potato inside, no lie
Not even bread, jam
When the light above my head went bam!
I can't sleep, something's all over me
Greasy, insomnia please release me
And let me dream about making mad love on the heath
Tearing off tights with my teeth
But there's no relief
I'm wide awake in my kitchen
It's dark and I'm lonely
Oh, if I could only get some sleep
Creeky noises make my skin creep
I need to get some sleep
I can't get no sleep....

czwartek, listopada 18, 2010


To jest magia!
Wpadłem na pomysł jesiennej wycieczki w Jurę.
Jeżeli ktoś będzie chętny, zgłaszajcie się!
Ostatnie wydarzenia przekonały mnie o tym, jak bardzo jesteśmy niedojrzali. My, jako jednostki i my, jako społeczeństwo. Niestety i starzy i młodzi mają jeden, bardzo poważny problem. Rozglądamy się dookoła i to co nam się nie podoba, a nie jest złe i nie działa na naszą szkodę, staramy się ośmieszyć, zniszczyć i podeptać. Działamy tak względem innych osób, ich przekonań, zainteresowań, czy stylu życia. A co potrafimy robić najlepiej? Oczywiście oceniać. Opanowaliśmy też do perfekcji sztukę udawania, wytwarzamy koło siebie narkotyczną mgiełkę, która zmienia prawdziwy obraz sytuacji. Przedstawiamy się jako jednostki wybitne, inteligentne ponad miarę. A tak naprawdę, chowamy się w swoich skorupkach, rojąc sobie, swoje maleńkie kłamstewka. I tu pojawia się pewne niebezpieczeństwo. Takie kłamstewka powtarzane za długo i za często, zaczynają sie nam wydawać prawdą.
Oceniać każdy może, oczywiście. Ale niech się to odbywa po uprzednim zastanowieniu się po pierwsze nad sobą, czy ja przypadkiem nie chciałbym być osobą, którą wystawiam moim ocenom? Co mi w takiej osobie przeszkadza? I czy chciałbym znaleźć się na miejscu osoby ocenianej? Przecież często oceny nasze są brutalne i wyrafinowanie kierowane w sam środek czułego punktu. Musimy wiedzieć co wolno, a co nie. Łatwo jest skrzywdzić, trudniej odzyskać zaufanie.


Ach, jak mi brakuje tej fantastycznej otoczki. Kiedy wszędzie biegały małe chochliki, drzewa opowiadały swoje długowieczne doświadczenia, a w lasach można było natrafić na driady, elfy i skrzaty. Dorastam, ale cały czas jestem dzieckiem. Wiem, że w burzę można koło Złotego Potoku w Diabelskich Jarach spotkać wiedźmy. Wierzę w magię. To pomaga przetrwać.

sobota, września 11, 2010

The Smiths - There is a light that never goes out

Take me out tonight
Where there's music and there's people
Who are young and alive
Driving in your car
I never never want to go home
Because I haven't got one anymore

Take me out tonight
Because I want to see people
And I want to see life
Driving in your car
Oh please don't drop me home
Because it's not my home, it's their home
And I'm welcome no more

And if a double-decker bus
Crashes into us
To die by your side
Is such a heavenly way to die
And if a ten ton truck
Kills the both of us
To die by your side
Well the pleasure, the privilege is mine

Take me out tonight
Take me anywhere, I don't care
I don't care, I don't care
And in the darkened underpass
I thought Oh God, my chance has come at last
But then a strange fear gripped me
And I just couldn't ask

Take me out tonight
Oh take me anywhere, I don't care
I don't care, I don't care
Driving in your car
I never never want to go home
Because I haven't got one
No, I haven't got one

And if a double-decker bus
Crashes in to us
To die by your side
Is such a heavenly way to die
And if a ten ton truck
Kills the both of us
To die by your side
Well the pleasure, the privilege is mine

There is a light that never goes out
There is a light that never goes out
There is a light that never goes out
There is a light that never goes out

poniedziałek, września 06, 2010

Otwórz usta mój potworze. Całą rękę Ci tam włożę.
Trochę swędzi, trochę boli.
Cały świat na łeb się pierdoli.
Co Ci robię, co Ci czynię, to Twój mózg,
chodnikiem płynie.

Opowiem Wam historię, o świecie. Może to Afryka, a może Ameryka. Europa.
To historia infekcji, przenoszonej z człowieka pierwszego, na człowieka drugiego. Nie każdy się tym wirusem zarażał, był jeden warunek. Trzeba było mieć mózg. Infekcja skakała sobie w najlepsze, trzy głowy do przodu, jedna do tyłu, w lewo i prawo. Wpadała uchem, nosem, czasem oczodołem, albo otworem ustowym. Gdy do mnie zawitała, tramwajem jechałem. Wirus nie powoduje gorączki, ani pląsawicy, stania chuja, ni palpitacji macicy. Powoduje ucieczkę w nieznane rejony swojej głowy. Kiedy chcesz możesz odtworzyć w swojej głowie obrazy miejsc, sytuacji, w których chciałbyś się znaleźć. o wszystko dzięki temu wirusowi. Powiesz, że nie jest taki zły. A kto mówił, że jest.
Chociaż powoduje wiele złych sytuacji. Pada na ten przykład cały biznes dopalaczowy i alkoholowo-narkotykowy. Plajtują mafie i plajtuje kościół. Plajtuje przemysł zbrojeniowy, ludzie się nie biją i nie zabijają, w swoje głowy oni uciekają.
Również zwiększyła się liczba wypadków samochodowych i innych kraks powietrznych. Ludzi nie mogą się powstrzymać i korzystając z momentu wolnego czasu, uciekają z tego swiata, bez pakowania.
Jest tylko jeden efekt uboczny działania tego wirusa. Mianowicie ludzie dochodzą do tego, ze połowa jak nie większość naszego życia polega na tym, że szukamy sztucznych stymulantów, które zapewnią nam chwilkę zapomnienia i odlotu. Jesteśmy nieporadni sami ze sobą.

niedziela, sierpnia 08, 2010

Spanish Sahara

Oglądam scenę polityczną, albo pseudo polityczną i zamieram.
Nie wierzę w to co się dzieje.
Nie chcę rzucać nazwiskami i inwektywami, bo to nie o to chodzi. Ale nie wiem, co się dzieję z tym krajem.
Patrzę na bandę schizofreników, którzy płaczą i śpiewają przy dwóch zbitych deskach i nie wierzę.
Patrzę na grono polityków, popierających wyżej wymienionych ludzi, i również nie wierzę.
Patrzę na zjawiska przyrodnicze, które sprawiają, że moja spokojna ulica przeradza się w rwący potok i ... nie wierzę.
Co się dzieję?
Mam ochotę wyjechać. Zostawić wszystko za sobą i rozpocząć zupełnie nowe życie, gdzie byłbym doceniony, choćby za te lata nauki w szkole wyższej. W Polsce po tym czasie mogę co najwyżej zmywać naczynia, albo podłogi.
Chcę być kimś. Bez znajomości, bez łapówek, bez włażenia w dupę.
Ucieczka do Hiszpanii, Portugalii, albo jeszcze dalej. To mi się marzy.
Większość naszej energii ucieka.
Czkamy na nią, mamy wielkie plany co do niej, a tak naprawdę poddajemy się.
Dostajemy moc do ręki i odwracamy się plecami.
Miejmy poczucie wyjątkowości, bo tak, do cholery, każdy jest inny, każdy ma co innego do zaproponowania i to jest piękne.
Piękne jest to, że z kolektywu mnóstwa różnych ludzi wyłania się obraz spójnej całości.
Jeden robi na drutach, drugi gra na gitarze, cymbałkach, czy grzebieniu, a trzeci pisze fraszki. Ta wyjątkowość połączona w całość daje nam WSZECHŚWIAT.

piątek, lipca 23, 2010

The Streets - Blinded By The Lights

Trzeba się zgubić, żeby móc się odnaleźć na nowo.
Powiesz, że nie odkryłem nic nowego? Możliwe. Nie silę się na Maćka-odkrywcę, nie chcę przecierać nowych szlaków, nie chcę mówić prawd objawionych. Nie do twarzy mi z tym, może kiedyś się starałem, może kiedyś mi zależało.
Ale ludzie się zmieniają, prawda?
Trzeba przejść kilka dróg, niekoniecznie łatwych i niekoniecznie prostych i miłych, ale jak to powiedziało i napisało tysiące ludzie przede mną, takie jest życie. Składa się z 1000 rzeczy niemiłych i nieprzyjemnych, przykrych i bolesnych. Nagroda za ich przejście nie jest wielka, to nie garniec pełen złota, nie willa, nie drogi samochód prędki jak światło, nie dziewczyna najładniejsza z najładniejszych. To spokój w sercu i równowaga w głowie.
Miło się odnaleźć. Miło wyjść z bagna. Miło się uśmiechać do siebie w lustrze. Tylko jedno, ile ludzi to potrafi? Sądzę, że mała liczba.
A! Można się silić. Silić na bycie kimś innym. Na przykład silenie się na buntownika, możesz pluć w twarz innym trucizną, negować wszystko, ale serca nie oszukasz. Masz miękkie kolana i kochliwe serce? To dobrze, zrób z tego swój największy atut. Nie wstydź się siebie, bo to największy krok w tył jaki można zrobić.
Wyszedłem na mądralę?
Hmm, jak zwykle.
Chciałem dobrze.

sobota, maja 29, 2010



Życie.
-Nonsens!- krzyczą slogany.
-Granda!
-Zaprzedanie!
-Złodziejstwo!
-Śmierć im!
-Kastracja!
-Kurestwo!
-Sąd!
-Rozstrzelanie... bez sądu!
-Szubienica im!

A ja wiem, że to wszystko przemija, wiem, że najważniejsze w życiu to miłość, przyjaźń i być osobą, która nie robi krzywdy i żyje w zgodzie z sobą. Wiem, że trzeba znaleźć swoje miejsce w szeregu, trzeba żądać, ale trzeba też dawać. Trzeba być sobą. Spełniać swoje oczekiwania życiowe, kulturalne. Trzeba jeść i pić, trzeba spać i wydalać. Trzeba uprawiać seks, trzeba dotyku, czułości i rozmowy z innymi. Trzeba czasem pójść do lasu i przytulić się do drzewa. I trzeba czasem porozmawiać ze sobą, żeby nie zwariować. Trzeba szanować innych. I trzeba samoakceptacji. Trzeba szanować mamę i tatę, trzeba ich kochać, to oni dali nam życie i możliwość rozwijania siebie, trzeba kochać i po rękach całować babcię i dziadków, jeżeli odeszli, trzeba szanować i pielęgnować miejsca ich spoczynku. Trzeba bezinteresowności, poczucia humoru. Potrzeba spełnienia. Trzeba mieć przyjaciół w ludziach i zwierzętach. Trzeba zaspokajać swe potrzeby i potrzeby bliskich, trzeba mieć do tego pieniądze. Potrzeba pracy, która nie upadla i daje poczucie spełnienia i już wspomniane pieniądze, oczywiście. Trzeba wychodzić do ludzi.
Palenie tytoniu i picie alkoholu można uprawiać, z umiarem jednak i z pamięcią, że rzeczy te szkodzą.

-Granda!
-Skandal!
-Nie twoje, ale moje. Oddawaj!
-Moje naj!

I ile czasu jeszcze trzeba będzie znosić to upodlenie, ile czasu jeszcze władzę nad nami będą miały pieniądze, chciwość i samolubność. Ile czasu jeszcze polityka będzie synonimem gówna, bagna i zakłamania. Ile czasu brat bratu będzie w plecy wbijał nóż. Ile czasu rodzice będą się najpierw kochali, a potem nienawidzili, a przyjaciele będą sikali na siebie ciepłym moczem i spychali z wysokich urwiski, dla korzyści chociażby materialnych. Ile czasu człowiek nie będzie człowiekiem, tylko ochłapem upodlonym przez władzę, państwo i społeczeństwo. Kiedy życie przestanie być biegiem, wyścigiem. Kiedy przyjdzie ktoś, żeby nas stąd zabrać?

A ja jestem daleko. Chociaż stoję koło ciebie, jestem jeszcze dalej.

sobota, maja 15, 2010

Zmieniam się w kulkę. W kulkę antymaterii. Jestem, a jednak mnie nie ma. Jak coś myślę, słyszą to wszyscy dookoła. Jak coś mówię, słyszę to tylko ja w mojej głowie. Nie mam zamiaru porażać jakimiś przemyśleniami zbierającymi się w mojej głowie. Miałem zamiar zniknąć. Całe moje dorosłe życie, budowane od niedawna, runęło w gruzach. Zmieniło się wszystko i nadal się zmienia, na strasznie wielką niekorzyść, ale nie mam na to już żadnego wpływu, mogę tylko stać z boku i patrzeć. Patrzeć, jak wszystko w co wierzyłem i ufałem powoli obraca się w pył. Nie istnieje szacunek do drugiego człowieka, nie istnieje zaufanie, to co sądzimy, że jest trwałe, upada najszybciej. Nie ma takiej jednostki jak rodzina, to wszystko to pic na wodę. Nie ma szans dorobić się czegoś swojego, bo nie istniejemy jak o ludzi, jesteśmy numerami, które trzeba wyruchać ze wszystkiego.
Niszczyć i kopać, potem splunąć w twarz.
Dopiero pisząc to, przychodzi mi do głowy, do jak głębokiej studni wpadłem. Nie wiem czy wyjdę z niej kiedykolwiek. Jeżeli tak, na pewno, jako zupełnie inny człowiek.
I drzemie we mnie potrzeba wygadania się komuś, ale nie ma komu, bo przyjaźń nie istnieje. Jest tylko i wyłącznie potrzeba załatwiania swoich spraw. Uważamy się za najważniejszych, może faktycznie życie jest zbyt krótkie, żeby spoglądać na innych.
Miłość? Istnieje, ale przez ile? Dwa, cztery, dziesięć, dwadzieścia lat? A potem co? Zdrada i kłamstwo? Kłamstwo i zdrada? Kłamstwo=zdrada?
Czuje się oszukany, przez osoby mi najbliższe, jak i przez tych, których uważałem za przyjaciół.
Żyję jakby nic się nie stało, bo co innego mam robić? Złościć się, walczyć? Zrobiłem co mogłem zrobić.
Gdybym chciał cały czas roztrząsać wypadki z ostatniego miesiąca, musiałbym podciąć sobie żyły, albo łyknąć garść kolorowych snów.
Dlatego odradzam się w swoim wszechświecie. Na razie jestem tylko ja.
Mam pomysł na życie, a to najważniejsze.

sobota, kwietnia 17, 2010

Drogi Boże.

Nie wiem czy istniejesz, już dłuższy czas temu przestałem się nad tym zastanawiać, stawiając na cichy remis ( brak zainteresowania z obydwóch stron). Muszę ci coś powiedzieć, mam dość, serdecznie. Nie mam sił utrzymywać dłużej moich emocji na wodzy. Nie wiem, czy muszę być aż tak doświadczany, czy jest w tym jakiś większy sens, ale ja to już pierdolę.
Pierdolę to, że w najmniej oczekiwanych momentach muszą odchodzić członkowie mojej rodziny.
Nie mam sił na odczuwanie bólu, nie mam sił się bronić. Nie mam sił myśleć co mam robić.

sobota, marca 27, 2010

I coś jeszcze na dobitkę.


To jest sztuka moi mili:

Pytanie!
Czy samobójstwo to tchórzostwo, czy odwaga?
Czekam, na twój intelektualny, przepełniony miłością do życia rzyg, którym chluśniesz mi po oczach, po to aby zatkać wszystkie pory mojego ciała, żeby nie przyjmowały żadnych trucizn, którymi się racze.
Czekam, na inwektywy, którymi mnie obrzucisz, na porównywanie mnie do gówniarza, małego do samodzielnych decyzji niezdolnego.
Czekam, na twoje ramion wzruszenie.
Na łzę chociażby może jedną, bo jak to tak?? Udajesz, że kochasz, powtarzasz, że masz dla kogo żyć, a w dłoni twej lewej żyletka, do żyrandola lina gruba przywiązana, garść tabletek odłożona, okno otwarte??
Czekam, na bagienne mieszanie, że prawdziwe problemy to po 40, względnie po 30, kiedy po raz pierwszy prącie nie chce stawać i masturbacja już nie ta i tak nie cieszy.
Czekam na jakąkolwiek reakcję i mchem porastam do podłoża się przyklejam i w głaz zamieniam.
Odwaga czy tchórzostwo?
Ale najpierw trzeba odpowiedzieć na pytanie kim jesteś, że masz prawo osądzać??

wtorek, marca 23, 2010

Druga próba w dniu dzisiejszym napisania czegoś sensownego. Nie wiem, czy to Krasnoludy ciągną mnie za rękawy, czy to przez środki farmakologiczne, ale strasznie mi nie idzie. W ciszy nic, gdy do ucha to szepcze, to krzyczy przeraźliwie swą gitarą Josh Homme równie niepojęta, niezbadana pustka.
Ale jak to?- spytałem.
Przecież to świadczy o pustce w mej duszy, przecie, jak to śpiewał sławny wokalista, sławnego zespołu " there's hole in my soul". I prawda li to, najprawdziwsza, mimo wiosennej aury, nie będzie o ptaszkach ( chyba, że chcecie małą opowiastkę wujka Maćka, o dziwnych kulturach grzybów i małych żyjątek na pewnej części mojego ciała), nie będzie o kwiatkach i radości życia.
Życie jest i to od 23 lat.
Dzięki, że do jakiegoś 5 roku życia dzieci niewiele pamiętają.
Frustracja, nie wiem dlaczego i skąd. Jest, jak było. Rażony głupotą tracę ochronny pancerz, może to powoduje spadek formy intelektualnej.
A po co intelekt? Przecież kurwa największa srająca na innych zawsze wygra.

sobota, marca 06, 2010

To co jest nam dane, przyjmujemy, akceptujemy, bez zastanowienia skąd to pochodzi, bez refleksji, bez podziękowania. Łapiemy i szybko uciekamy , chowając zdobytą rzecz za pazuchą. Nie daj Boże, żeby po drodze ktoś próbował nam wydrzeć, to co nasze, zazwyczaj taka próba kończy się zaciskaniem zębów na szyi przeciwnika.

Przechodzimy przez życie po cichu, wyznaczonym i dobrze przetartym już szlakiem. A co z miejscami, które moglibyśmy odwiedzić, co z ludźmi, których jeszcze nie spotkaliśmy, co z nie wypitym przez nas jeszcze alkoholem, z nie usłyszaną muzyką, która gdzieś tam rozbrzmiewa porywając innych ludzi do tańca, do miłości, do realizacji planów. Właśnie, innych ludzi, nie nas.
Jak porzucić zobowiązania, jak przestawić się na myślenie poszerzone. Przecież życie to nie tylko wstawanie rano, praca , uczelnia, praca, i weekend poświęcony upijaniu się. Jest tyle rzeczy do zrobienia, i nie potrzeba na to wielkich środków pieniężnych, potrzeba tylko chęci.

A ja? Ja potrzebuję silnej dłoni, która mnie złapie za kark i wyciągnie z marazmu. Dalej będę wiedział co zrobić.
Przestane myśleć o przyszłości, zakładać i planować. Zgubię konwenanse.

niedziela, lutego 21, 2010

Jak ma się coś posypać, to wszystko i porządnie. Nagle awarii uległ, najlepszy przyjaciel każdego człowieka., mój komputer. Jestem odcięty od świata.

Śmiać się Państwo możecie, ale odczuwam wiosnę w powietrzu, zaczynam pączkować.

I ostatnia myśl, nie mam czasu na nic.

środa, lutego 03, 2010

Rzucam i porzucam. Biorę w dłoń, kartkę papieru szarą i zgniatam ją. Powstaje kula papieru szara. I wiem, że tak będzie, wiem, że kula taka powstanie.
Robię kolejny krok i wiem, czy utrzymam się na nogach, w pozycji iście ludzkiej, pionowej, czy poślizgnę się i upadnę. Wiem, czy otwierając usta, wydam na świat kwiaty, kolorowe, pięknie pachnące, czy kwiaty z butelek po tanim alkoholu, rażące, wulgarne.
Gdy ktoś podaje mi rękę, wiem czy robi to w geście przyjacielskim, czy zaraz wsadzi mi w oko pręt długi żelazny, klnąc mnie i wszystko co ze mną związane.
Do czego to zmierza, do czego ja zmierzam???
Chciałbym zwrócić uwagę Państwa, że wszystkie problemy sami sobie generujemy. My za nie odpowiadamy. A ja, staram się ostatnio kroczyć drogą prostą i świetlistą. Chcę być dobry i dobrze traktowany. Nie chce się truć psychicznie, jak i fizycznie. Chcę wstawać rano z uśmiechem i chęcią. Chcę klepać przyjaciół moich po plecach i chcę być klepany. I na razie tak jest. I tak trzymam.
Chociaż rzucę czasem kurwą i szarpnę i nogą tupnę, ale straszak to nieprawdziwy.
Zamykam oczy i jestem spokojny.

Polecę dzisiaj:

sobota, stycznia 23, 2010

Dzisiaj dwie rzeczy, które robią na mnie dosyć spore wrażenie.

1. Teks piosenki The Great Forgiver zespołu Gallows:



When I died I walked into the light, but what I saw I didn't like.
Well I went to heaven but I didn't go in.
They don't condemn the sinners they condemn the sin.
Heaven is full of fucking scum,
if they live like pigs they will die like one.
There will never be enough forgiveness.
St Peter I must confess, I'm more of a devil than my life suggests,
Tell god its appreciated but I was born in hell, hell is where we made it.
And if god is a great forgiver, then all the scum will be there with me.
They bury the men but not the sin, they just say a prayer.
And take them with them, Heaven is full of fucking scum,
if they live like pigs they will die like one.
There will never be enough forgiveness.
St Peter I must confess, I'm more of a devil than my life suggests,
Tell god its appreciated but I was born in hell, hell is where we made it.
St Peter I must confess, I'm more of a devil than my life suggests,
Tell god its appreciated but I was born in hell, hell is where we made it

Coś w tym jest.

niedziela, stycznia 17, 2010

Oto historia człowieka, który chciał zbawić świat, miał nawet gotowy plan, ale na początku wędrówki przewrócił się i złamał nogę.
Oto historia, która zaczyna się gdzieś w środku, tam gdzie początek przechodzi w koniec.
Oto historia człowieka, który był, nie można powiedzieć o nim nic innego, że tylko był.
Oto historia człowieka, który w przypływie zmian postanowił wyjechać, postanowił odwiedzić nie zamieszkane przez ludzi górzyste tereny. Na początku swej drogi, pierwsze co zrobił, to zdeptał, zniszczył, zmiażdżył swój nowy bezklawiszowy telefon mini-komórkowy, przez okno wyrzucił komputer, telewizor spalił.
Kolejnym krokiem było wysłanie do przyjaciół i rodziny listów, w których wyjawił swe zamiary i w których żegnał się, nie określając terminu swego powrotu. Powyrzucał wszystkie rzeczy przeciwdeszczowe, powyrzucał rzeczy ciepłe i wygodne. Jedyne na co sobie pozwolił to namiot z przeceny, który zakupił w popularnym markecie, który od tej chwili miał być jego domem. Zapasów jedzenia nie zrobił, wychodząc z założenia, że od tej pory żywić go będzie górska polana i górski las. Swój mały bagaż zmieścił w dwóch torbach materiałowych, wysoce ekologicznych, zamknął swoje mieszkanie na cztery zamki i zbiegł szybko po schodach.
Nie śpieszył się na żaden autobus, czy pociąg, jako osoba wyzwolona, do miejsca przeznaczenia miał dotrzeć przy użyciu własnych nóg, najbardziej ekologicznego środka transportu.
Przechodząc przez pasy, tuz koło jego domu potrąciło i zabiło go auto.

Słowo na niedzielę:

Każdy może przedstawiać swój punkt widzenia, ale sztuką jest mieć na tyle odwagi, żeby nie robić tego anonimowo. Pewnie, że można robić ludziom na złość, wychwalając pod nosem swoją zajebistość, ale jest to zwykłe skurwysyństwo. Działanie idioty.

poniedziałek, stycznia 11, 2010

I jadę, i jadę, jadę, ja jadę i inni też jadą, jak to bywa w przypadku miejskich środków komunikacji.
I wciąż jadę i dalej, dalej, wolno, a czasem szybko, bezpiecznie i nie.
Jadę, cały czas, jak?, hm, nieprzerwanie, ciągle, do celu, prosto, ale używając migaczy, czyli zażywając zakrętów.
Wciąż i wciąż, nadwyrężam mięśnie trzymając się czego popadnie, myślę, że trzymam się poręczy, ale to wysuszona ręka, groźnie patrzącej na mnie belfrzycy, chemiczki, matematyczki, fizyczki, tyczki, Tyczki!! TYCZKI!!
I jadę i jadę i jadę, dadę, padę. Kręcę głową, ale nie ze zrezygnowaniem, jestem ciekaw wszystkiego dookoła, ludzi, brzydkich, wszystkich, bo wszyscy jesteśmy brzydcy, bez wyjątku.
Podążam, chce złapać, ale właściwie, chyba już dzień po moim urodzeniu zapomniałem, co chcę złapać, a więc wszystko ogranicza się do tego chcenia, megapragnienia.
Bujam się w takt hamulców autobusowo-tramwajowych, przechylam się, zwijam w kłębek embrionalny ssąc mój kciuk, ale nie mam choroby sierocej, a może jednak mam? Może wnętrze ciepłe i przytulne autobusowe, to dla mnie synonim tego 9 miesięcznego pasożytowania w kimś innym? Ale, ale zwinąwszy się, powoduje niezadowolenie współpasażerów, toż to jakiś bej!
Jadę i jadę i widzę psa, który boi się srok i rozjechanego kota, który jest teraz domem dla innych małych, białych i zwinnych.
I jadę, jadę, a kiedy przychodzi kres, nie chce wysiąść, kierowca musi mnie siłą wypychać, policją grozić, czy innymi służbami porządkowymi, a ja czepiam się siedzeń, podłóg i łkam, jak zarzynane prosie, bo czuje , że chcą mnie wyrzucić, tam, gdzie nie miło i brudno, śmierdzi i dostać po twarzy można.

niedziela, stycznia 03, 2010

Polecam, gorąco polecam.


A teraz zdjęcie, które w roku 2009 zdobyło najwięcej nagród i wyróżnień w międzynarodowych konkursach. Zdjęcie chwalone, przez najlepszych światowych dziennikarzy i artystów. Zdjęcie, które zostało kupione przez rosyjskiego multimiliardera za zawrotna kwotę 40 biliardów euro. Zdjęcie, które wchodzi w głowę i wyżera w mózgu dziurę.
Odkryłem tajemnicę wszędobylskiej melancholii, przejrzałem, zapisałem, zapamiętałem i rozpowszechniłem ( co ma miejsce w tej sekundzie). Na pewno drogi czytelniku już przebierasz nogami, nie mogąc doczekać się chwili, kiedy zdradzę ci tą tajemnicę. Chociaż jest ona banalna, banalna, jak człowiek, a brzmi: melancholia żywi się cieniem, szarością i ciemnością, dlatego żeruje na nas w zimie, kiedy słońca praktycznie nie ma, a kiedy już się wychyli produkuje światło szare, jak sraj taśma. Powiesz mi, że pierdolę? Możliwe, ba, faktycznie masz rację!, ale przynajmniej robię to na jakiś temat, nie ma nic gorszego niż bełkot beztematowy. A, że temat do dupy, to już inna kwestia. Ale, ale, wracajmy. Jakże wszystko byłoby piękne i inne, bajeczne i magiczne, gdyby na nasze głowy przez 365 dni padało ciepłe zwrotnikowe słońce. Nasze myśli pod wpływem temperatury wyprostowałyby się, słowa ociepliłyby się, a z ust wychodziłyby zamiast butelkowych tulipanów, najpiękniej pachnące kwiaty polne. Twierdzisz, że w naszym kraju, klimacie to nie możliwe?? Racja, ale przecież możemy się przeprowadzić, my obywatele europy niepotrzebujący paszportów. Hiszpania? Portugalia? Kto jedzie ze mną?