sobota, stycznia 23, 2010

Dzisiaj dwie rzeczy, które robią na mnie dosyć spore wrażenie.

1. Teks piosenki The Great Forgiver zespołu Gallows:



When I died I walked into the light, but what I saw I didn't like.
Well I went to heaven but I didn't go in.
They don't condemn the sinners they condemn the sin.
Heaven is full of fucking scum,
if they live like pigs they will die like one.
There will never be enough forgiveness.
St Peter I must confess, I'm more of a devil than my life suggests,
Tell god its appreciated but I was born in hell, hell is where we made it.
And if god is a great forgiver, then all the scum will be there with me.
They bury the men but not the sin, they just say a prayer.
And take them with them, Heaven is full of fucking scum,
if they live like pigs they will die like one.
There will never be enough forgiveness.
St Peter I must confess, I'm more of a devil than my life suggests,
Tell god its appreciated but I was born in hell, hell is where we made it.
St Peter I must confess, I'm more of a devil than my life suggests,
Tell god its appreciated but I was born in hell, hell is where we made it

Coś w tym jest.

niedziela, stycznia 17, 2010

Oto historia człowieka, który chciał zbawić świat, miał nawet gotowy plan, ale na początku wędrówki przewrócił się i złamał nogę.
Oto historia, która zaczyna się gdzieś w środku, tam gdzie początek przechodzi w koniec.
Oto historia człowieka, który był, nie można powiedzieć o nim nic innego, że tylko był.
Oto historia człowieka, który w przypływie zmian postanowił wyjechać, postanowił odwiedzić nie zamieszkane przez ludzi górzyste tereny. Na początku swej drogi, pierwsze co zrobił, to zdeptał, zniszczył, zmiażdżył swój nowy bezklawiszowy telefon mini-komórkowy, przez okno wyrzucił komputer, telewizor spalił.
Kolejnym krokiem było wysłanie do przyjaciół i rodziny listów, w których wyjawił swe zamiary i w których żegnał się, nie określając terminu swego powrotu. Powyrzucał wszystkie rzeczy przeciwdeszczowe, powyrzucał rzeczy ciepłe i wygodne. Jedyne na co sobie pozwolił to namiot z przeceny, który zakupił w popularnym markecie, który od tej chwili miał być jego domem. Zapasów jedzenia nie zrobił, wychodząc z założenia, że od tej pory żywić go będzie górska polana i górski las. Swój mały bagaż zmieścił w dwóch torbach materiałowych, wysoce ekologicznych, zamknął swoje mieszkanie na cztery zamki i zbiegł szybko po schodach.
Nie śpieszył się na żaden autobus, czy pociąg, jako osoba wyzwolona, do miejsca przeznaczenia miał dotrzeć przy użyciu własnych nóg, najbardziej ekologicznego środka transportu.
Przechodząc przez pasy, tuz koło jego domu potrąciło i zabiło go auto.

Słowo na niedzielę:

Każdy może przedstawiać swój punkt widzenia, ale sztuką jest mieć na tyle odwagi, żeby nie robić tego anonimowo. Pewnie, że można robić ludziom na złość, wychwalając pod nosem swoją zajebistość, ale jest to zwykłe skurwysyństwo. Działanie idioty.

poniedziałek, stycznia 11, 2010

I jadę, i jadę, jadę, ja jadę i inni też jadą, jak to bywa w przypadku miejskich środków komunikacji.
I wciąż jadę i dalej, dalej, wolno, a czasem szybko, bezpiecznie i nie.
Jadę, cały czas, jak?, hm, nieprzerwanie, ciągle, do celu, prosto, ale używając migaczy, czyli zażywając zakrętów.
Wciąż i wciąż, nadwyrężam mięśnie trzymając się czego popadnie, myślę, że trzymam się poręczy, ale to wysuszona ręka, groźnie patrzącej na mnie belfrzycy, chemiczki, matematyczki, fizyczki, tyczki, Tyczki!! TYCZKI!!
I jadę i jadę i jadę, dadę, padę. Kręcę głową, ale nie ze zrezygnowaniem, jestem ciekaw wszystkiego dookoła, ludzi, brzydkich, wszystkich, bo wszyscy jesteśmy brzydcy, bez wyjątku.
Podążam, chce złapać, ale właściwie, chyba już dzień po moim urodzeniu zapomniałem, co chcę złapać, a więc wszystko ogranicza się do tego chcenia, megapragnienia.
Bujam się w takt hamulców autobusowo-tramwajowych, przechylam się, zwijam w kłębek embrionalny ssąc mój kciuk, ale nie mam choroby sierocej, a może jednak mam? Może wnętrze ciepłe i przytulne autobusowe, to dla mnie synonim tego 9 miesięcznego pasożytowania w kimś innym? Ale, ale zwinąwszy się, powoduje niezadowolenie współpasażerów, toż to jakiś bej!
Jadę i jadę i widzę psa, który boi się srok i rozjechanego kota, który jest teraz domem dla innych małych, białych i zwinnych.
I jadę, jadę, a kiedy przychodzi kres, nie chce wysiąść, kierowca musi mnie siłą wypychać, policją grozić, czy innymi służbami porządkowymi, a ja czepiam się siedzeń, podłóg i łkam, jak zarzynane prosie, bo czuje , że chcą mnie wyrzucić, tam, gdzie nie miło i brudno, śmierdzi i dostać po twarzy można.

niedziela, stycznia 03, 2010

Polecam, gorąco polecam.


A teraz zdjęcie, które w roku 2009 zdobyło najwięcej nagród i wyróżnień w międzynarodowych konkursach. Zdjęcie chwalone, przez najlepszych światowych dziennikarzy i artystów. Zdjęcie, które zostało kupione przez rosyjskiego multimiliardera za zawrotna kwotę 40 biliardów euro. Zdjęcie, które wchodzi w głowę i wyżera w mózgu dziurę.
Odkryłem tajemnicę wszędobylskiej melancholii, przejrzałem, zapisałem, zapamiętałem i rozpowszechniłem ( co ma miejsce w tej sekundzie). Na pewno drogi czytelniku już przebierasz nogami, nie mogąc doczekać się chwili, kiedy zdradzę ci tą tajemnicę. Chociaż jest ona banalna, banalna, jak człowiek, a brzmi: melancholia żywi się cieniem, szarością i ciemnością, dlatego żeruje na nas w zimie, kiedy słońca praktycznie nie ma, a kiedy już się wychyli produkuje światło szare, jak sraj taśma. Powiesz mi, że pierdolę? Możliwe, ba, faktycznie masz rację!, ale przynajmniej robię to na jakiś temat, nie ma nic gorszego niż bełkot beztematowy. A, że temat do dupy, to już inna kwestia. Ale, ale, wracajmy. Jakże wszystko byłoby piękne i inne, bajeczne i magiczne, gdyby na nasze głowy przez 365 dni padało ciepłe zwrotnikowe słońce. Nasze myśli pod wpływem temperatury wyprostowałyby się, słowa ociepliłyby się, a z ust wychodziłyby zamiast butelkowych tulipanów, najpiękniej pachnące kwiaty polne. Twierdzisz, że w naszym kraju, klimacie to nie możliwe?? Racja, ale przecież możemy się przeprowadzić, my obywatele europy niepotrzebujący paszportów. Hiszpania? Portugalia? Kto jedzie ze mną?