poniedziałek, stycznia 11, 2010

I jadę, i jadę, jadę, ja jadę i inni też jadą, jak to bywa w przypadku miejskich środków komunikacji.
I wciąż jadę i dalej, dalej, wolno, a czasem szybko, bezpiecznie i nie.
Jadę, cały czas, jak?, hm, nieprzerwanie, ciągle, do celu, prosto, ale używając migaczy, czyli zażywając zakrętów.
Wciąż i wciąż, nadwyrężam mięśnie trzymając się czego popadnie, myślę, że trzymam się poręczy, ale to wysuszona ręka, groźnie patrzącej na mnie belfrzycy, chemiczki, matematyczki, fizyczki, tyczki, Tyczki!! TYCZKI!!
I jadę i jadę i jadę, dadę, padę. Kręcę głową, ale nie ze zrezygnowaniem, jestem ciekaw wszystkiego dookoła, ludzi, brzydkich, wszystkich, bo wszyscy jesteśmy brzydcy, bez wyjątku.
Podążam, chce złapać, ale właściwie, chyba już dzień po moim urodzeniu zapomniałem, co chcę złapać, a więc wszystko ogranicza się do tego chcenia, megapragnienia.
Bujam się w takt hamulców autobusowo-tramwajowych, przechylam się, zwijam w kłębek embrionalny ssąc mój kciuk, ale nie mam choroby sierocej, a może jednak mam? Może wnętrze ciepłe i przytulne autobusowe, to dla mnie synonim tego 9 miesięcznego pasożytowania w kimś innym? Ale, ale zwinąwszy się, powoduje niezadowolenie współpasażerów, toż to jakiś bej!
Jadę i jadę i widzę psa, który boi się srok i rozjechanego kota, który jest teraz domem dla innych małych, białych i zwinnych.
I jadę, jadę, a kiedy przychodzi kres, nie chce wysiąść, kierowca musi mnie siłą wypychać, policją grozić, czy innymi służbami porządkowymi, a ja czepiam się siedzeń, podłóg i łkam, jak zarzynane prosie, bo czuje , że chcą mnie wyrzucić, tam, gdzie nie miło i brudno, śmierdzi i dostać po twarzy można.

1 komentarz:

Unknown pisze...

Super. Bardzo mi się podoba.