wtorek, lipca 03, 2012

Zalewa nas deszcz. Nie widzimy niebieskiego nieba.  nie widzimy innych kolorów oprócz szarości, wodnistej mgły. Powietrze stoi w miejscu, powietrze porasta mchem. Zieleń zarasta miasta, zielona mgiełka oplata oczy, mózgi. Rośnie nam błona między palcami. Siedzę w jednym miejscu, mam krzesło na środku pokoju. Przede mną jest potrójne okno, starego typu, szklane. Połączone jest z drzwiami balkonowymi. Okno i drzwi są otwarte. Na balkon nie wychodzę, boję się mchu. Boje się, że porosną mi nim nogi i już więcej nie będę mógł chodzić, a bardzo lubię to robić.
Deszcz nie przestaje padać.
Siedzę na krześle i wpatruje się, od kliku długich godzin, na zazielenione drzewa. Patrzę na coraz bardziej zielone drzewa. Panuje niesamowita cisza, mimo niedalekiej ulicy. Czasami mówię do siebie krótkie nieporadne zdania. Wiem, że to głupie, ale od tej ciszy mam wrażenie, że ogłuchłem.
Wszystko jest wilgotne, mam wilgotne myśli.
Powietrze pachnie glonami.
Myślę o Anglii, o tamtejszych polach.
Ciesze się, że pada.
Ciesze się, że wszyscy się topią, że jest coraz mniej ludzi na świecie.
Myślę, że nie opuszczę swojego drugiego piętra. Chociaż pewnie i do mnie dotrze w końcu woda.
Takiego końca świata chyba nikt sobie nie wyobrażał, chyba, że szaleni obrońcy przyrody w swych schizofrenicznych snach.
Natura przemawia, natura zabija szkodniki.
Wstydzę się, że jestem szkodnikiem.
Nawet nie potop, tylko powolny deszcz, jaki wytrwały.
Mży już 250 dzień.
Mam odmoczone palce u rąk i nóg. Schodzi mi skóra.

wtorek, maja 08, 2012

Zdziwienie. Nie zaskoczenie, nie zawiedzenie, bo czym tu się zawodzić. Po prostu zdziwienie. Chociaż dzieje się tak już od dawna, od kilku lat, cały czas budzi to we mnie bezgraniczne zdziwienie. Czytelnictwo w Polsce umiera. Nie czytają dzieci w szkołach, bo jest internet, a w sieci opracowania i wypracowania. Nie czytają dorośli, bo bieganina, dużo pracy, a mało czasu, bo wieczorem w tv amerykańska papka filmowa, która tak bez oporów wchodzi do głowy. Czytają emeryci, czytają nieliczni młodzi. Kropla w morzu.
Dlaczego? Z lenistwa. Bo łatwiej przeczytać 20 stron bryka, gdzie wszystko jest podane jak na tacy, niż przeczytać oryginał, który może mieć 300-400 stron (taką ilość w ciągu życia mało kto pokonuje!). Książka nie pokona migającego, dzwoniącego, wyświetlającego, wibrującego cosia, od którego dzieci w wieku 10 lat mają już zepsuty wzrok, a trochę starsze reumatycznie powyginane palce. Książka przegrywa w nas samych. Łatwiej jest włączyć dziecku telewizor, niż z tym dzieckiem posiedzieć parę chwil i poczytać mu. Książka przegrywa, ale może to i lepiej dla tych czytających. Wydawnictwa stają na głowie, by zainteresować tych co czytają swoimi produktami. Czytający mogą za małą cenę uzyskać dużo.

Komputer wygrywa. Kiedy jednak elektrownia odłączy na chwilę prąd, albo zajadła burza zamknie nas w domach, nawet najoporniejsi wezmą do rąk zapomnianą książkę. 

niedziela, maja 06, 2012

Świat zmienia się z każdym dniem. Stwierdzenie nieświeże i oklepane, godne emeryta pierdzącego w stołek. Zgadzam się. Wydaje mi się jednak, że trzeba raz na jakiś czas znaleźć chwilę żeby zastanowić się w jakim kierunku idą te zmiany. Moim zdaniem idą w kierunku śmierci, zniszczenia, brudu, syfu i 1000 kutasów. Mam dość. Mam dość ścierających się nad moja głową frontów politycznych. Mam dość podejmowania codziennej próby godnego życia. Bo to co my młodzi szumnie nazywamy "naszym życiem" jest tylko marną namiastką. Nie chcę narzekać i staram się tego nie robić, nie mam jak to określają publicyści i wielkie mądre głowy, tak jak każdy absolwent studiów wyższych, postawy roszczeniowej. Chcę żyć godnie. Pracuję na siebie sam, nie pobieram żadnych zapomóg, ani innych zasiłków. Dlatego mam prawo wymagać od Państwa, aby za moje pieniądze ( podatki) zagwarantowało mi to owo godne życie. Podejmując jakiś czas temu pierwszą poważną pracę, na pełen etat, nie wypaliłem na wstępie, że chcę zarabiać 4 tysiące na rękę, służbowy samochód, laptop, telefon i darmowe ubezpieczenie. Nie, zadowalam się wypłatą znacznie poniżej średniej krajowej ( z innej beczki, skąd oni biorą te wyliczenia o średniej krajowej, kto je tak zawyża??)! Tylko, w momencie, gdy zachodzi potrzeba abym skorzystał z państwowej służby medycznej, nagle się okazuje się, że na tym odcinku, jak ważnym dla każdego człowieka, nasze Państwo kuleje. Okazuje się to po wizycie w każdym lepszym urzędzie. I mogę się nie przejmować tym co dzieje się w Warszawce na Wiejskiej. Mogę nie oglądać tv. Jakiejkolwiek publicznej, czy prywatnej ( ukłon w stronę TVN, nowej gadzinówki, tuby propagandowej PO). Mogę mieć głęboko w dupie oszołomów z PIS-u. Mogę się śmiać z rachitycznych podskoków Palikota, który nie znacząc nic, chce być dla Polski drogowskazem. Z tym, że te pojeby mają realny wpływ na moje życie. Na to moje ciche, ukryte między książkami i płytami życie, które chcę wieść z ukochaną osobą, realizując swoje marzenia i ambicje. Tylko tak siedząc w domu, muszę być cały czas przygotowany na to, że wejdą do niego brunatni sprawdzając czy nie jestem obrzezany, za nimi wejdą czarni sprawdzając czy w mieszkaniu jest krzyż i czy jest on dostatecznie wyeksponowany. Za nimi wejdą czarni pomazańcy sprawdzając czy stoję po prawidłowej stronie. Na końcu wejdzie nasza obecna władza, której nie będę mógł spojrzeć w twarz, bo nie mam czterech par oczu, by w tak różne, nieszczere twarze patrzeć. I tak dalej. Świat się zmienia, Polska tak jak to ma w zwyczaju stoi w miejscu. Kończąc ten wywód słowami pana Lisa: Co z tą Polską? Nic i w tym rzecz. Co z tego, że czeka nas Euro, które przyjdzie i pójdzie zostanie tylko syf i problem utrzymania stadionów. My młodzi możemy się oszukiwać cały czas, że władza sobie i my sobie, że urzędasów pierdolimy i, że nam nie po drodze. Tak jednak nie jest, prędzej czy później nasze drogi się schodzą, ze szkodą dla nas. Polska nie jest wielkości Australii. 


Dziękuję. Manifest pokraczny, jak osoba autora.      

poniedziałek, lutego 20, 2012

Zapowiedzi (1).

"Zapraszam dalej, dalej tam gdzie zwykli, szarzy mieszkańcy naszego pięknego miasta chodzą pod rękę z dresami i pederastami na niedzielne spacery. Zapraszam na ulicę, która zaczyna się wielkim, świecącym splendorem, centrum handlowym i czterogwiazdkowym hotelem, a która kończy się w dupie szatana, gdzie pedały przeżywają swoją unurzaną w gównie miłość. Początek za łksem, środek za rtsem, koniec nikogo nie obchodzi, koniec jest za siódmą rzeką, za mgłą. Zacznij swoją podróż w zagrzybiałych bramach, które od 60 lat nie widziały tynku na oczy. Które zabijają zapachem amoniaku, które wciągają cię w swoje gardła, gdzie przepadasz bez wieści - odnajduje cię przypadkowy przechodzień, miesiąc później, nadgniłe ciało, 70 ran kłutych. Czarne dziury okien, gdzie blade twarze i błyskające białka oczu, gdzie cisza odpowiada na wołanie o pomoc. Gdzie rodzą się staruszkowie. Gdzie rodzą się pijane i zaćpane niemowlaki. Rozpocznij swoją podróż w miejscu, w którym na 80 % czeka cię śmierć, wcale nie szybka i nie bezbolesna. Zacznij podróż w miejscu, gdzie po 22 nie zapuszczają się nawet policjanci. Kontynuuj podróż ulicą, gdzie latarnie modlą się za ciebie. Gdzie noże same latają. Gdzie miłość jest szybka i gwałtowna, a kończy się w prosektorium. Gdzie odgłos pękającej i rozrywanej skóry mlaszcze wśród murów. Przejdź od piekła, przez czyściec do raju. Łódzki Dante. Przejdź do raju, w którym nagrodą jest kutas w dupie. Skąd? Tego nikt nie wie. Nie schylałeś się? Nie płacz, na początku boli. Potem zwieracz się przyzwyczaja. Tylko nie zaciskaj pośladków. Tak wita przyjezdnych Łódź. Tak wita w Łodzi ulica Gdańska. Początek o zapachu przetrawionego alkoholu, poliestrowy w białych skarpetach. Koniec pachnący męskim nasieniem, koniec w męskich ramionach, z rozerwanym odbytem."


wtorek, stycznia 31, 2012

Przez czas i przestrzeń, między planetami układu słonecznego i poza nim. Między wszechświatami, między bogami i pomniejszymi bóstwami niesie się wieść. Niesie się również na ziemi pomiędzy ludźmi i pomiędzy zwierzętami. Wieść tą powtarzają drzewa i mniejsze rośliny. Wieść jest roznoszona przez wiatr. Pomiędzy kontynentami biegnie informacja, że życie ludzkie nie jest warte funta kłaków, w krajach rozwijających się, gdzie panuje spokój, porządek i dobrobyt najmniej cenne jest ludzkie życie. Życie ludzkie bowiem liczy się tylko dla artystów: malarzy, pisarzy, muzyków, którzy chcą się temu życiu przyglądać i różnymi środkami je opisywać. Życie, drodzy państwo, po prostu się przereklamowało. Życia jest za dużo. Życiu w takich krajach nic nie zagraża. Proszę spytać człowieka żyjącego w państwie, w którym panuje jakiś konflikt zbrojny co ceni najbardziej, odpowie, że życie właśnie, swoje, swoich bliskich, boi się o to życie, chce je zachować, walczy o nie. A co odpowie człowiek zachodu, człowiek sukcesu, człowiek dobrobytu? Że ceni spokój, pieniądze i ogólnie pojęty dobrobyt, czyli swój wielki plazmowy telewizor, najnowszy telefon i szybki samochód. Dlatego obywatele zachodu nie dbają o życie innych, nie cenią ludzkiego życia, mają go pod dostatkiem, nie są zagrożeni, nie czują potrzeby walki o dobro. I to można nazwać końcem naszej kultury, naszej cywilizacji. Chociaż, jak można wymagać od ludzi, żeby starali się o życie innych, kiedy człowiek jedyne co potrafi robi to być samolubnym egocentrykiem, uważającym się za alfę i omegę. Starającego się zgnębić innych dla podkreślenia swojej wielkości? Przykre i prawdziwe.

Pochylcie się, jak zwierzę bez nogi.