wtorek, lipca 03, 2012
Deszcz nie przestaje padać.
Siedzę na krześle i wpatruje się, od kliku długich godzin, na zazielenione drzewa. Patrzę na coraz bardziej zielone drzewa. Panuje niesamowita cisza, mimo niedalekiej ulicy. Czasami mówię do siebie krótkie nieporadne zdania. Wiem, że to głupie, ale od tej ciszy mam wrażenie, że ogłuchłem.
Wszystko jest wilgotne, mam wilgotne myśli.
Powietrze pachnie glonami.
Myślę o Anglii, o tamtejszych polach.
Ciesze się, że pada.
Ciesze się, że wszyscy się topią, że jest coraz mniej ludzi na świecie.
Myślę, że nie opuszczę swojego drugiego piętra. Chociaż pewnie i do mnie dotrze w końcu woda.
Takiego końca świata chyba nikt sobie nie wyobrażał, chyba, że szaleni obrońcy przyrody w swych schizofrenicznych snach.
Natura przemawia, natura zabija szkodniki.
Wstydzę się, że jestem szkodnikiem.
Nawet nie potop, tylko powolny deszcz, jaki wytrwały.
Mży już 250 dzień.
Mam odmoczone palce u rąk i nóg. Schodzi mi skóra.
wtorek, maja 08, 2012
Dlaczego? Z lenistwa. Bo łatwiej przeczytać 20 stron bryka, gdzie wszystko jest podane jak na tacy, niż przeczytać oryginał, który może mieć 300-400 stron (taką ilość w ciągu życia mało kto pokonuje!). Książka nie pokona migającego, dzwoniącego, wyświetlającego, wibrującego cosia, od którego dzieci w wieku 10 lat mają już zepsuty wzrok, a trochę starsze reumatycznie powyginane palce. Książka przegrywa w nas samych. Łatwiej jest włączyć dziecku telewizor, niż z tym dzieckiem posiedzieć parę chwil i poczytać mu. Książka przegrywa, ale może to i lepiej dla tych czytających. Wydawnictwa stają na głowie, by zainteresować tych co czytają swoimi produktami. Czytający mogą za małą cenę uzyskać dużo.
Komputer wygrywa. Kiedy jednak elektrownia odłączy na chwilę prąd, albo zajadła burza zamknie nas w domach, nawet najoporniejsi wezmą do rąk zapomnianą książkę.
niedziela, maja 06, 2012
Dziękuję. Manifest pokraczny, jak osoba autora.
wtorek, kwietnia 10, 2012
poniedziałek, lutego 20, 2012
"Zapraszam dalej, dalej tam gdzie zwykli, szarzy mieszkańcy naszego pięknego miasta chodzą pod rękę z dresami i pederastami na niedzielne spacery. Zapraszam na ulicę, która zaczyna się wielkim, świecącym splendorem, centrum handlowym i czterogwiazdkowym hotelem, a która kończy się w dupie szatana, gdzie pedały przeżywają swoją unurzaną w gównie miłość. Początek za łksem, środek za rtsem, koniec nikogo nie obchodzi, koniec jest za siódmą rzeką, za mgłą. Zacznij swoją podróż w zagrzybiałych bramach, które od 60 lat nie widziały tynku na oczy. Które zabijają zapachem amoniaku, które wciągają cię w swoje gardła, gdzie przepadasz bez wieści - odnajduje cię przypadkowy przechodzień, miesiąc później, nadgniłe ciało, 70 ran kłutych. Czarne dziury okien, gdzie blade twarze i błyskające białka oczu, gdzie cisza odpowiada na wołanie o pomoc. Gdzie rodzą się staruszkowie. Gdzie rodzą się pijane i zaćpane niemowlaki. Rozpocznij swoją podróż w miejscu, w którym na 80 % czeka cię śmierć, wcale nie szybka i nie bezbolesna. Zacznij podróż w miejscu, gdzie po 22 nie zapuszczają się nawet policjanci. Kontynuuj podróż ulicą, gdzie latarnie modlą się za ciebie. Gdzie noże same latają. Gdzie miłość jest szybka i gwałtowna, a kończy się w prosektorium. Gdzie odgłos pękającej i rozrywanej skóry mlaszcze wśród murów. Przejdź od piekła, przez czyściec do raju. Łódzki Dante. Przejdź do raju, w którym nagrodą jest kutas w dupie. Skąd? Tego nikt nie wie. Nie schylałeś się? Nie płacz, na początku boli. Potem zwieracz się przyzwyczaja. Tylko nie zaciskaj pośladków. Tak wita przyjezdnych Łódź. Tak wita w Łodzi ulica Gdańska. Początek o zapachu przetrawionego alkoholu, poliestrowy w białych skarpetach. Koniec pachnący męskim nasieniem, koniec w męskich ramionach, z rozerwanym odbytem."
wtorek, stycznia 31, 2012
Pochylcie się, jak zwierzę bez nogi.