Zalewa nas deszcz. Nie widzimy niebieskiego nieba. nie widzimy innych kolorów oprócz szarości, wodnistej mgły. Powietrze stoi w miejscu, powietrze porasta mchem. Zieleń zarasta miasta, zielona mgiełka oplata oczy, mózgi. Rośnie nam błona między palcami. Siedzę w jednym miejscu, mam krzesło na środku pokoju. Przede mną jest potrójne okno, starego typu, szklane. Połączone jest z drzwiami balkonowymi. Okno i drzwi są otwarte. Na balkon nie wychodzę, boję się mchu. Boje się, że porosną mi nim nogi i już więcej nie będę mógł chodzić, a bardzo lubię to robić.
Deszcz nie przestaje padać.
Siedzę na krześle i wpatruje się, od kliku długich godzin, na zazielenione drzewa. Patrzę na coraz bardziej zielone drzewa. Panuje niesamowita cisza, mimo niedalekiej ulicy. Czasami mówię do siebie krótkie nieporadne zdania. Wiem, że to głupie, ale od tej ciszy mam wrażenie, że ogłuchłem.
Wszystko jest wilgotne, mam wilgotne myśli.
Powietrze pachnie glonami.
Myślę o Anglii, o tamtejszych polach.
Ciesze się, że pada.
Ciesze się, że wszyscy się topią, że jest coraz mniej ludzi na świecie.
Myślę, że nie opuszczę swojego drugiego piętra. Chociaż pewnie i do mnie dotrze w końcu woda.
Takiego końca świata chyba nikt sobie nie wyobrażał, chyba, że szaleni obrońcy przyrody w swych schizofrenicznych snach.
Natura przemawia, natura zabija szkodniki.
Wstydzę się, że jestem szkodnikiem.
Nawet nie potop, tylko powolny deszcz, jaki wytrwały.
Mży już 250 dzień.
Mam odmoczone palce u rąk i nóg. Schodzi mi skóra.
wtorek, lipca 03, 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz